d

d

27 marca 2016

Rozdział 40.



    O ile podczas śniadania Remus uważał, że tak jak James, Lily Evans nie czuła się najlepiej, o tyle już po wszystkich zajęciach był całkowicie przekonany, że coś się działo. Pytanie pozostawało jedno: co?
– Co się dzieje z Lily? – zapytał, kucając przy jednej z kanap w pokoju wspólnym, na której siedziała rozmawiająca ze swoją koleżanką Dorcas. Przerwała w pół słowa, a jej ręce zamarły w powietrzu, kończąc tym samym gorliwą gestykulację. 
– Czy wy nigdy nie nauczycie się, że nie przerywa się ludziom w rozmowie? Naprawdę, wasze potrzeby nie są wagi państwowej, byście nie mogli poczekać ani chwili – prychnęła. Remus rzucił jej spojrzenie numer trzy, które błagało o udzielenie jakiejkolwiek informacji. – Nic. Ci. Nie. Powiem – wycedziła przez zęby. Jej koleżanka ze zdziwieniem na nią spojrzała. Remus westchnął.
– Czy to jest twoje ostatnie słowo? – zapytał z nutą nadziei, ale Dorcas posłała mu tylko miażdżące spojrzenie. Dawno nie widział jej w takim stanie, co tylko pogłębiało jego obawy o Lily. – A może twoja urocza koleżanka wie cokolwiek na ten temat? – zapytał wręcz błagalnie, patrząc na osłupiałą blondynkę. 
– Sofia nic o tym nie wie. – Dorcas zazgrzytała zębami. Remus uśmiechnął się smutno.
– No nic. Poszukam innych źródeł. A przy okazji, my się jeszcze nie poznaliśmy. Remus Lupin – wyciągnął dłoń do koleżanki Meadowes. Uścisnęła ją.
– Sofia McDouge. – Uśmiechnęła się nieśmiało. Remus odwzajemnił gest i wstał. Zrobił zaledwie trzy kroki, gdy usłyszał krótkie "Lunio", a kiedy odwrócił się w tamtą stronę, zobaczył Syriusza, wskazującego na miejsce w swoim fotelu. Remus podniósł brew i podszedł do trójki przyjaciół.
– Chciałeś nas zostawić? – zapytał z udawanym podejrzeniem Black. – Siadaj tu, gdzie twoje miejsce – zaczął naśladować piskliwy głos jakiejś z dziewczyn. Remus już nie miał wątpliwości, że Syriusz nie żartował z tym fotelem.
– Nie usiądę z tobą w jednym fotelu. To ryzykowne – stwierdził, coraz bardziej rozbawiony tą  sytuacją. – Poza tym mogłoby to bardzo dziwnie wyglądać. 
Syriusz zaśmiał się krótko, co przypominało szczekanie psa.
– Ale nie ma tu więcej miejsc. – Wyszczerzył zęby. Remus wywrócił oczami, a w tym samym czasie James głośno się zaśmiał. 
– Co? – zapytał lekko zdezorientowany Syriusz. 
– Czekaj Lunio, siadaj. – James wstał, robiąc miejsce przyjacielowi na kanapie obok Petera. Syriusz przez chwilę uważnie go obserwował, a gdy dotarło do niego, co chciał zrobić, zaczął śmiać się głośniej niż sam James.
– Ty chyba... nie chcesz... – Czuł, że po policzkach spływają mu łzy rozbawienia. James ledwo trzymał się na nogach. Już dawno żaden z Huncwotów nie widział go w tak dobrym humorze. 
– Posuń się tłuściochu – rzucił James, pakując się do fotela, w którym siedział Syriusz. 
– To ty jesteś za gruby. Ja proponowałem miejsce Luńkowi, nie tobie. – Syriusza od śmiechu zaczynały boleć mięśnie brzucha. W tym momencie James siedział na jego kolanach.
– To ja powinienem ciebie trzymać na kolanach. Jestem bardziej męski – odparował James, zaczynając się szamotać, by przewrócić Syriusza na swoje kolana.
– Kto dotknie podłogi ten goblin – wyparował Syriusz, próbując utrzymać się na swojej pozycji.
– Przyjmuję wyzwanie! – zawołał bojowym tonem James. W pewnym momencie byli tak zaplątani, że Remus i Peter nie byli w stanie stwierdzić, która ręka i noga była czyja. James uświadomił sobie, że twarz Syriusza znalazła się nienaturalnie blisko jego. Zarechotał na myśl, jak to musiało wyglądać z perspektywy Petera i Remusa.
– Jesteś głupi. –  Syriusz wyszczerzył zęby.
– Chyba ty. 
Jamesa zaczynała  boleć napięta szyja, więc opuścił bezwładnie głowę, uderzając nią w Syriusza i wywołując jego głośne "ał".
– Ty chory kartoflu – dało się słyszeć jego przytłumiony głos.
– Sam jesteś kartofel.
– Ehm... Chłopaki... – Śmiejący się Peter szturchnął Jamesa w ramię. Ten podniósł głowę o kilka centymetrów i zobaczył niewielką liczbę zszokowanych spojrzeń. Widząc zarumienionego Petera, rozejrzał się jeszcze raz po twarzach zebranych, a później przeniósł wzrok na Syriusza i wybuchł nieopanowanym śmiechem. Próbując się wydostać z plątaniny kończyn, spadł na podłogę, ciągnąc go za sobą, przez co teraz to Syriusz wylądował na nim. 
– Co tu się dzieje? Dlaczego Black i Potter są pijani? – James usłyszał pełen gniewu i wyrzutu głos Lily Evans, która pewnie w tamtej chwili rzucała iskierkami złości z oczu w stronę Remusa. 
– Lily, oni się całowali! – zawołał jakiś młody głos, a Syriusz zawył jeszcze głośniej, nie do końca wiadomo czy ze śmiechu, czy z bólu, bo James akurat przypadkowo wbił mu łokieć w brzuch.
– Lily, to nie tak jak myślisz – stwierdził niepewnie Remus. – W sensie, wszystko pod kontrolą... – dodał. W złym momencie.
 – Jesteś pewien? – zapytała Lily Evans, podnosząc sceptycznie brwi, i patrząc na Blacka i Pottera, którzy teraz zaczęli się po prostu tłuc łokciami.
– Jak oni to robią to ja nie wiem... – Obok Remusa stanęła Sofia, która z fascynacją przyglądała się dwójce Huncwotów. – Naprawdę walka na łokcie jest jedną z trudniejszych. Mam siostrę – stwierdziła, w odpowiedzi na pytające spojrzenie Remusa. Ten się zaśmiał, a potem odwrócił do grupki zebranych z młodszych klas.
– Proszę opuścić pokój wspólny, sprawa wymaga interwencji prefektów. – Spojrzał na nich. Oczywiście nikt nie wyszedł, a on zorientował się, że właśnie stał obok Lily Evans, z którą tak bardzo chciał porozmawiać. Dał sobie więc spokój z Jamesem i Syriuszem, i pociągnął Lily aż za portret Grubej Damy.
– Chciałem z tobą porozmawiać – zaczął, uważnie się jej przyglądając.
– Wiem – stwierdziła.
– Nie wyglądasz dobrze – ciągnął. Czuł jej niechęć do tej rozmowy.
– Nic mi nie jest Remusie, dziękuję za troskę.
Lily Evans odeszła.

***


– Panno Evans, panno Meadowes tu są zaproszenia na spotkanie Klubu Ślimaka. Pojawią się takie osobistości, jak kapitan drużyny Harpi z Holyhead, czy syn ministra magii. Koniecznie przyprowadźcie osobę towarzyszącą. – Profesor Slughorn uśmiechnął się radośnie, dając nam zwinięte strony pergaminu. Podziękowałyśmy i wyszłyśmy z sali, dołączając do Mary i Alice.
– I co? Znowu Klub Ślimaka? – zapytała Mary, podnosząc jedną brew.
– Tak – westchnęłam. – Chyba nie pójdę.
– Daj spokój, on cię uwielbia. Nie możesz mu tego zrobić – zachichotała Alice. 
– Męczą mnie te spotkania. – Zmarszczyłam brwi.
– Oj, Lilyyyy. Będzie super! – zapaliła się Dorcas. Uwielbiała wszelkie okazje do pokazania się. – Nie możesz ciągle rozpaczać po zerwaniu z Mikiem – dodała.
Moje oczy napotkały na oczy Mary. Już kilka razy próbowałyśmy wytłumaczyć Dorcas, że czuję się wręcz świetnie. Dorcas jednak wiedziała lepiej.
– Okej, zastanowię się – wywróciłam oczami, kończąc temat, by dała spokój. Podeszłyśmy pod salę od eliksirów. Dziewczyny zaczęły o czymś rozmawiać, nie próbując mnie nawet wciągnąć w rozmowę. Tak już było od kilku dni, a ja nie mogłam nic na to poradzić. Ale przecież taka melancholia nie mogła trwać wiecznie, prawda?
– Lily? – Mary potrząsnęła moją ręką. – Obudź się. – Spojrzała na mnie zaniepokojona. 
– Jestem, jestem. – Zamrugałam szybko. – Coś mnie ominęło?
Na moje szczęście zadzwonił dzwonek i nie musiałam już nic mówić. Weszłam do sali i zajęłam miejsce, czekając z niecierpliwością na lekcję. Po minucie, która trwała jak wieczność, profesor McGonagall wróciła z zaplecza, przerywając tym samym beztroskie pogawędki uczniów, którym ja się tylko przysłuchiwałam z otępieniem. Zajęcia stały się dla mnie wybawieniem.

***


– No więc wszystko wiem. – Peter wrócił do dormitorium z dumą wymalowaną na twarzy.
– Tak? – ożywił się Lunatyk. James, który już lekko przysypiał  i Syriusz, polerujący jedyną figurkę motocyklu, którą posiadał, nie podzielali jego zainteresowania.
– Więc tak. Evans zerwała z Taylorem. Ot, cała afera. Dlatego oboje ostatnio raczej nie byli w sosie. Jak dzisiaj widziałem Taylora, myślałem, że zaraz zrobi ze mnie kaszankę... – mruknął Peter. Remus zmarszczył brwi. Spodziewał się jakiejś tragedii, a nie problemów sercowych. Z drugiej strony mu ulżyło.
Za to James podniósł poduszkę z twarzy. 
– Czy to znaczy, że Evans jest wolna? – zapytał z lekkim otępieniem.
– Może i jest, ale ty nie – wymamrotał Syriusz, teraz starannie czyszcząc zakamarki przy kierownicy motoru. Remus spojrzał na niego, zastanawiając się, czy jego kumpel nie został podmieniony.
– Dobrze się czujesz, Łapo? – zapytał, niby obojętnie. Syriusz podniósł na niego wzrok.
– Co ja znowu zrobiłem? – zapytał.
– Tak czy inaczej, nie wiem czy pamiętasz, ale ostatnio Evans wręcz cię nienawidziła, więc fakt, że jest wolna niczego nie zmienia – przerwał Peter, patrząc na Jamesa. Ten, nie ruszając nawet głową, spojrzał na niego kątem oka. 
– Po pierwsze to było na piątym roku. A po drugie to czy ktoś coś mówi? – zapytał, opuszczając poduszkę na twarz. Remus przygryzł wargę.
– Zanim cokolwiek zrobisz pięć razy pomyśl – stwierdził, uznając, że to jedyne i ostatnie słowa, które mogą cokolwiek zdziałać. Nie dostał odpowiedzi.
Po dłuższej chwili ciszy, podczas której każdy z nich był zajęty swoimi zajęciami, głos zabrał Syriusz.
– Ostatnio Ślizgoni znowu znęcali się nad jakimś maluchem – wymamrotał zamyślony. Remus nie mógł sobie odmówić spojrzenia na niego. Nie, na serio, czy to był Syriusz?
– Robią to ciągle. – Remus podtrzymał temat, z nadzieją na jakieś dłuższe refleksje przyjaciela. Black rzadko zabierał głos w takich sprawach. Rzadko też udawało się uchwycić chociaż część z jego myśli.
– Trzeba było załatwić wtedy Smarkerusa – Syriusz prychnął, a Remus rozczarowany uznał, że jego czas na wydobycie czegokolwiek bardziej osobistego z nieprzeniknionej i zagadkowej głowy Blacka już minął.
– Dobrze wiesz, że nie tylko on za tym stoi. I dobrze wiesz też, że by zginął.
– Powinien. – Syriusz zazgrzytał zębami. James głośno westchnął spod poduszki.
– Nie wiesz co mówisz, Łapo – pokręcił głową Peter.
– Może – Syriusz zamilkł.
– James, pamiętasz o treningu? Nie uśnij przypadkiem – rzucił Remus, przewracając stronę w książce. Potem już nikt się nie odzywał. W końcu Syriusz znudzony wpatrywaniem się w swój mini motor wstał i wyszedł, uznając, że do czasu treningu spróbuje zrobić coś ciekawszego. Pierwszym co przyszło mu na myśl, było znalezienie koleżanki Meadowes i w końcu rozpoczęcie z nią jakiejś sensownej rozmowy. Schodząc po schodach spotkał Lily Evans.
– Cześć, Evans.
Wywrócenie oczami i po chwili:
– Dzień dobry, Black.
Przechodząc przez pokój wspólny natrafił na Alice Thomas.
– Witaj Alice.
Spojrzenie. Westchnienie.
– Witaj Syriuszu, jak się dzisiaj miewasz?
– Świetnie, mam nadzieję, że ty również.
– Oczywiście.
Idąc dalej natrafił na Aarona z drużyny quidditcha Gryffindoru.
– Hej, mordo, dzisiaj trening.
– Wiem paskudo.
Wyszedł z wieży Gryffindoru i spotkał Mary MacDonald.
– Dzień dobry, pani MacDonald.
Uśmiech.
– Panie Black, jak miło pana widzieć. Twój widok zawsze poprawia człowiekowi humor.
Idąc korytarzami zatrzymała go jakaś trzecioklasistka z Ravenclawu.
– Moja koleżanka się pyta, czy się z nią umówisz. Ale się wstydzi – wyrecytowała z przerażającym uśmiechem. Syriusz przełknął ślinę.
– Chyba jestem trochę za stary, wiesz... – stwierdził i szybko ją wyminął.
– Ale... – nie słyszał już końca zdania.
Przy Wielkiej Sali w końcu natrafił na Meadowes. Bez koleżanki.
– Hej, Meadowes.
– Hej, Black.
Cisza. Syriusz uśmiechnął się huncwocko.
– Co knujesz? – Dorcas podniosła jedną brew.
– Tajemnica.
– Aha.
Zastanawiał się, czy zapytać o jej koleżankę, przecież to nic takiego. Ale stwierdził, że może to nie jest najlepszy pomysł.
– Co u ciebie? – Przełknął ślinę, nie wiedząc jak z nią rozmawiać. Dorcas ostatnio wybuchała na co drugie słowo, które powiedział.
– Dobrze.
– Ach, to świetnie. A mnie z kolei wzywa zbroja z czwartego piętra, więc chyba muszę znikać – uśmiechnął się przepraszająco. W odpowiedzi dostał tylko westchnienie.
Skręcił w stronę czwartego piętra. Szedł przed siebie dopóki nie natrafił na Regulusa. Zatrzymał się przed nim, trochę nie wiedząc co zrobić, a sytuacja wydawała się jeszcze bardziej niezręczna niż chwilę przedtem.
– Witaj, drogi Syriuszu – Regulus przywitał się jako pierwszy, w grzeczny, wyuczony sposób. Syriusz dobrze pamiętał te wszystkie schematy prowadzenia rozmowy.
– Ach, witaj i ty, Regulusie – stwierdził, niemal automatycznie. Po chwili dopiero uświadomił sobie, że sam kontynuował jedną ze scen, które odgrywali z Regulusem jako małe dzieci.
– Dawno się nie widzieliśmy drogi bracie – ciągnął Regulus, słowo w słowo ze schematami. 
– Istotnie, ale widzisz, odnoszę wrażenie, że nie jestem mile widziany w naszym domu i twoim towarzystwie. – Syriusz naturalnie się wyszczerzył, jak miał w zwyczaju przy rozmowie. Znowu po chwili otępienia zorientował się, co zrobił. Ku jemu zdziwieniu Regulus odwzajemnił gest.
– To samo mógłbym powiedzieć i o twoim towarzystwie. – Wywrócił oczami. Syriusz był delikatnie mówiąc oszołomiony. Mało tego, czuł dziwną pokusę rozmawiania z bratem jak najdłużej. Uświadomił sobie, że nie robił tego od dwóch lat.
– Widzisz, według drogich rodziców pewnie jestem na czarnym dnie – zaśmiał się, po chwili dodając – w końcu to było do przewidzenia, że zejdę na psy.
Dostrzegł dziwny błysk w oku Regulusa. On jako jeden z nielicznych znał jego fetysz na punkcie psów, który udzielał mu się już od dzieciństwa.
– Z nas dwóch i tak lepiej na tym wyjdziesz – Regulus poklepał go przyjacielsko po plecach, jakby to było u nich coś naturalnego, coś co robił codziennie, i odszedł. Syriusz oczarowany odwrócił się by spojrzeć na odchodzącego brata, zastanawiając się, czy ten mówił serio. Jego prawy kącik ust powędrował do góry i w tamtej chwili czuł się naprawdę szczęśliwy. Może udałoby mu się uratować relacje z Regulusem i uchronić go od tej bandy szumowin?
Ruszając przed siebie, z błąkającym się uśmiechem na ustach, nie miał pojęcia, że to była jego ostatnia rozmowa z bratem.
Poszedł do dormitorium, a później, razem z Jamesem, na trening quidditcha.



     Alice kilka razy dziabnęła leżący przed nią kawałek mięsa.
– Nie chcę.
Mary oderwała wzrok od pergaminu.
– Jedz.
– Chyba nie mam apetytu.
Dorcas teatralnie westchnęła. Sofia podsunęła pod nos Alice sałatkę.
– A to? – zapytała.
Alice spojrzała na miskę z grymasem.
– No patrz jak apetycznie to wygląda. Jest takie zieloooone i ma czerwone rzoodkiewki – ciągnęła Sofia. – Am, am. – Podniosła widelec do ust Alice. Alice otworzyła usta. – No, grzeczne dziecko. – Sofia pogłaskała ją po głowie. Gdy tylko Alice przełknęła wykrztusiła:
– Ble.
– Chyba nie mówisz poważnie – Mary spojrzała na nią, jakby właśnie podważyła jakąś bardzo-mądrą-teorię-bardzo-mądrego-człowieka. Alice spojrzała na nią spode łba.
– Już dziś nic nie wezmę do ust, o! – powiedziała. Dorcas wywróciła oczami, buzię miała pełną.
– W ogóle to nbie mba Blackba i Jamesba – wybełkotała.
– Ciężko trenują – mrugnęła Mary w stronę Sofii.
– Nbo ja właśbnie sobie nie wyobrażbam, jak oni wytrzbymują tyle czabsu bez jedzbenia – wymamrotała Dorcas.
– No widzisz, Lily jakoś też wytrzymuje – stwierdziła Sofia.
Nagle atmosfera przy stoliku zgęstniała.
– Lily chyba bardziej unika Taylora – zmarszczyła brwi Alice.
– Daj spokój, Taylor już się pogodził z porażką – westchnęła Dorcas, gdy przełknęła. – Co myślisz Mary? – rzuciła w stronę milczącej blondynki. Mary przeanalizowała ostatnie sytuacje. Dziwne zachowanie Lily, gdy ta była w Wielkiej Sali, ale szczególnie, gdy...
– Myślę... Lily nie unika Taylora – stwierdziła. Dotarło do niej. Lily unikała kogoś, może nawet i nieświadomie. Ale to z pewnością nie był Mike Taylor.

Alice odchrząknęła i wstała od stołu.
– To ja wracam.
Odwróciła się zostawiając za sobą również wstającą od stołu Sofię, Mary, która zamarła z widelcem w ręku i nadal analizowała coś w swojej głowie oraz znowu bulgoczącą coś z pełną buzią jedzenia Dorcas.
Gdy szła do drzwi Wielkiej Sali jej oczy trafiły na oczy Regulsa Blacka. I nagle trafiło ją niejasne i dziwne, przyprawiające o dreszcze uczucie, że patrzył na nią przez cały ten czas. 



***


     James szedł dosyć szybko. Pierwszy trening drużyny qudditcha nie przebiegł po jego myśli, a nowi zawodnicy, których wybrał na miejsce Marleny, Anny i Freda nie okazali się tacy dobrzy, jak się spodziewał. A przecież i tak wybrał najlepszych. Był wykończony i zdenerwowany, a w dormitorium czekały na niego idealnie czyste pergaminy do napisania wypracowania dla McGonagall. Zastanowił się, czy może nie udałoby mu się dogadać z Remusem w tym temacie. Wbiegł po ostatnich schodach i mruknął hasło patrzącej na niego zalotnie Grubej Damie. Wszedł do pokoju wspólnego i poczuł okropne gorąco. Spojrzał w stronę kominka.
– Po co tu jeszcze komu ogień? Nie wystarczy im dwadzieścia stopni na dworze? – Potargał z roztargnieniem włosy, a dziewczyna, której nie zauważył zaśmiała się.
– Dla sprostowania, jest siedemnaście stopni, a ty wyglądasz jakbyś biegł z Londynu. Nic dziwnego, że ci gorąco – wyparowała. James stał już na schodach, ale odwrócił głowę i spojrzał na nią z ukosa. Musiała niedawno przyjść, bo jeszcze się nie rozsiadła, za to stała przy regale i pewnie wybierała lekturę na wieczór. Poznał ją – to młodsza koleżanka Meadowes, na którą od czasu do czasu lubił popatrzeć Syriusz, choć mu się do tego nigdy nie przyznał. Widząc jej uśmiech od razu zmienił mu się humor.
– A może biegłem z Londynu? – Zszedł z tych kilku schodów, mając nadzieję na dłuższą pogawędkę. – Bo mniej prawdopodobne jest to, że użerałem się z trójką młodych nowicjuszy, próbujących grać w quidditcha, którzy wyraźnie za cel postawili sobie zdarcie mi gardła – dodał, robiąc bardzo przekonującą minę. Sofia zachichotała.
– Jesteście bardzo dobrymi aktorami, wiesz. Wy, huncwoci – stwierdziła, a potem złapała za wybraną książkę z półki, przy której stała i usiadła na kanapie. James uznał, że musi poznać jej imię, choćby dla Syriusza.
– James. – Podszedł do niej i wyciągnął dłoń. Podniosła wzrok i krótką chwilę wpatrywała się w jego zniewalający uśmiech.
– Sofia. – Uścisnęła dłoń. Przez moment się zawahała, James był pewien, że chciała coś powiedzieć, ale po chwili opuściła wzrok, zaczynając lekturę. Zaraz przypomniało mu się o wypracowaniu, więc szybko się pożegnał, odwrócił i wbiegł na stopień, gdy stanął twarzą w twarz z Lily Evans.


***


     Westchnęłam, gdy zobaczyłam rozczochrane włosy i ubłoconą szatę od quidditcha. James Potter, trzymający najnowszy model miotły, z iskierkami zainteresowania w oczach na pewno nie należał do zwykłych widoków. Przełknęłam ślinę i minęłam go, starając się go nie dotknąć.
– Cześć – odchrząknął.
– Cześć. – Zacisnęłam odruchowo zęby. Serce biło mi szybciej, pewnie przez to, że pojawił się na mojej drodze tak szybko i nieoczekiwanie.
– Evans – usłyszałam. Odwróciłam błyskawicznie głowę, zaskakując tym nie tylko siebie. – Rozchmurz się, wtedy wyglądasz jeszcze ładniej – uśmiechnął się, a ja zamrugałam kilkakrotnie. Zanim zdążyłam wymyślić cokolwiek sensownego w odpowiedzi, już zniknął.
– Nie chcę się wtrącać, ale fajny z niego gość – Sofia nawet nie spojrzała na mnie znad książki, a ja z trudem pomyślałam, że chyba niestety miała rację.


***

Radosnych Świąt!