Strony

25 grudnia 2015

Rozdział 39.

  Radosnych świąt!


     Wrzesień mijał bardzo szybko. Pogoda i mała ilość obowiązków robiły swoje – niektórych uczniów trzeba było siłą sprowadzać z błoni do zamku. Alice Thomas z pewnością można było do nich zaliczyć.
– Za dziesięć minut kolacja – mruknęłam. Alice otworzyła jedno oko, nie ruszając się ani trochę. Siedziała odwrócona w stronę słońca, by napawać się nim, pewnie jeden z ostatnich razy w tym roku.
– Dobrze – odpowiedziała po chwili. Westchnęłam i oderwałam wzrok od książki. Skierowałam na chwilę głowę w stronę słońca i przymknęłam oczy delektując się jego promieniami. Zaraz je otworzyłam i spojrzałam na rozciągające się przed nami jezioro. Zapierało dech w piersiach. Minęło kilka minut, zanim się ocknęłam, i uświadomiłam, że kolacja już trwa. 
– Alice – zaczęłam. 
– Idź, idź – machnęła ręką w stronę zamku – nie jestem głodna.
Westchnęłam i wstałam. Spojrzałam na Alice, później na zamek.
– Jesteś...
– Tak, jestem pewna – stwierdziła rozbawiona. Ociągając się ruszyłam w stronę zamku. Gdybym nie była tak przeraźliwie głodna pewnie i też zostałabym na błoniach. A w Wielkiej Sali, tak jak przez ostatnie dwa tygodnie, pewnie czekał już na mnie Mike Taylor.



***


– Kotku wyglądasz na smutnego...
– Nic mi nie jest.
– Ale...
– Serio.
– Przecież widzę, że coś się dzieje.
Lora Deaf nie dawała za wygraną. James markotniał na jej oczach od początku roku, a ona nie miała pojęcia, co może być tego przyczyną. Przecież to nie jej wina, prawda?
– James...
– Wszystko okej – powiedział James, zaciskając usta. Po chwili wstał od stołu, idąc w kierunku wyjścia. Peter zmartwiony odprowadził go wzrokiem.
Lora wstrzymała płacz. Tak się starała. Na początku roku udało jej się nawet zyskać całkowitą uwagę Jamesa. Jeszcze tydzień temu stwierdziłaby, że szaleje na jej punkcie.
Wbiła wzrok w talerz, by nie widzieć niektórych ciekawskich spojrzeń. Denerwowało ją to, że co najmniej kilka dziewczyn tylko czekało na jej małe potknięcie w relacjach z nim. Chciały zająć jej miejsce. Prawie zaszlochała. Wstrzymała się w ostatnim momencie. Zamrugała kilkakrotnie i wiedząc, że nic tego dnia już nie przełknie, wyszła z Wielkiej Sali.



***



– Kotku, coś się dzieje? 
– Oczywiście, że nie – odpowiedziałam, wściekle dziobiąc widelcem kawałek mięsa, który miałam na talerzu. Mike przestał przeżuwać kawałek pieczeni. 
– Wyglądasz na wściekłą.
– Nic mi nie jest, serio.
– Przecież widzę, że coś się dzieje.
Spojrzałam na Mika, ale przypadkowo kątem oka dostrzegłam znajomą wychodzącą z sali sylwetkę – Potter.  
Przypadkowo. 
Nic mi nie jest – powtórzyłam, zaciskając zęby. 
– Ach, tak? – Mike trochę rozbawiony powrócił do jedzenia.
– Tak – ucięłam i jeszcze raz spróbowałam coś przełknąć. Po dwóch kęsach wiedziałam, że to nie miało sensu. – Idę stąd – stwierdziłam, wstając. Mike spojrzał na mnie zdziwiony, ale nie dałam mu szansy tego skomentować. Odeszłam.
Gdy opuściłam Wielką Salę wpadłam centralnie na burzę blond włosów. Odsunęłam się i wtedy dopiero do mnie dotarło, że to Lora Deaf. Stanęłam na chwilę wmurowana, patrząc w jej twarz z idealnym delikatnym makijażem. Ona też była zdziwiona. 
Po krótkiej chwili opamiętałam się, zamrugałam kilkakrotnie i rzucając ciche "przepraszam" wbiegłam na schody. Nie wiedziałam na ile działała moja wyobraźnia, na ile zmysły, ale przez moment byłam pewna, że usłyszałam szloch, który po chwili szybko został stłumiony.



***



       James miał po prostu dosyć. Był pewien, że lada moment i jego mózg magicznym sposobem wybuchnie, a on przynajmniej zyska święty spokój. Każdy coś od niego chciał – dosłownie. Nawet  Lily Evans.
– Słyszałeś co powiedziałam? – powtórzyła po raz drugi, wbijając w niego swoje poirytowane, zielone spojrzenie. – Jeśli zaraz nie pójdziesz do McGonagall, rozszarpie cię na strzępy. – Uśmiechnęła się słodko, chodź widział na jej twarzy wyraźne zmęczenie. James przez chwilę chciał się zaśmiać, ale pomyślał, że to by było nazbyt wiele. Jeszcze gdyby to była jakaś miła adoratorka. Ale to była Lily. Ta sama, zapierająca dech w piersiach, Lily. 
Był tak zmęczony, że zaczął rozważać, czy starczy mu siły na podroczenie się z nią.
– Chyba byś się ucieszyła z takiego obrotu spraw. – Wyszczerzył zęby w łobuzerskim uśmiechu, ale zaraz spoważniał. – Lily, daj sobie spokój, wyślę Syriusza, żeby wyjaśnił sprawę. – Machnął niedbale ręką w kierunku portretu Grubej Damy. Co prawda, nie wiedział gdzie jest Syriusz, a delegacja była potrzebna od zaraz. Ale jakby mu się udało dotrzeć do dormitorium, mógłby powiadomić go przez lusterko. 
Zdziwiona Lily Evans tak szybko chyba nie była skłonna pozwolić mu chociażby wejść na schody prowadzące do pokojów. 
Na początku widział zaskoczenie w jej oczach jego miłym i całkowicie bezinteresownym tonem. Mógłby go opisać nawet mianem troskliwego, aczkolwiek nie chciał tego przyznać nawet sam przed sobą. Naprawdę starał się zaangażować w związek z Lorą.
Lily zmarszczyła brwi i zaczęła drążyć temat.
– McGonagall kazała mi...
Nie wytrzymywał już tego i odruchowo położył jej ręce na ramiona, by mieć lepszy kontakt. Robił tak co drugiej dziewczynie, naprawdę.
Przez sekundę zawahał się, czy to był na pewno dobry pomysł, tym bardziej, że zobaczył w jej oczach coś niezidentyfikowanego. Szczerze mówiąc, nie miał pojęcia, o czym w tej chwili myślała.
– Obiecuję, że coś z tym zrobię i to zaraz, ale błagam cię, daj sobie i mnie spokój, idź się połóż lub poczytaj, hm? – powiedział przyjemnym tonem. Zanim zdążyła odpowiedzieć, wyminął ją i ruszył w kierunku dormitorium. Gdy tylko wszedł do pokoju, rzucił się w stronę łóżka i zaczął zbierać z niego wszystkie poniewierające się tam spodnie. Później starannie przeszukiwał ich kieszenie. Nie miał pojęcia, gdzie ostatnio schował lusterko. Tymczasem do pokoju wszedł Remus. James Potter spojrzał się na niego tak, jak zwykle patrzył, gdy miał jakąś prośbę. Remus wywrócił oczami.
– O co tym razem chodzi?


 
*** 


     Alice Thomas była w o wiele lepszej formie niż przed wakacjami. Jej problemy natury miłosnej powoli blakły, a ona sama znalazła plusy swojej, wcale nie tak tragicznej, sytuacji. Skupi się na nauce, będzie miała więcej czasu dla siebie i dla przyjaciół, twierdziła. Po długich namysłach doszła do wniosku, że właściwie dobrze się stało – to nie był czas na poważne związki. Nie opuszczało jej jednak niemiłe przeczucie, że ktoś ją po prostu śledzi. Nawet w tej chwili, gdy siedziała na błoniach. Szybko otworzyła oczy i rozejrzała się dookoła. Słońce powoli zachodziło, a w pobliżu była tylko grupka jakichś młodszych chłopców, rzucających kamieniami do jeziora. Odetchnęła nerwowo, ale nie umiała już tak spokojnie siedzieć i się relaksować. Westchnęła i postanowiła wrócić do Wieży Gryffindoru w nadziei, że Mary nie skrzyczy jej za siedzenie w takim letnim ubraniu o takiej temperaturze. Jeszcze sobie nerki przeziębisz, mówiła Mary. 
Alice szła po różnych krętych schodach i pustych korytarzach, zastanawiając się, gdzie wszystkich poniosło. Przecież kolacja już się kończyła, powinni wracać. Całe zdziwienie ulotniło się, a zastąpił je strach i złość, gdy usłyszała złośliwe śmiechy i cichy szloch. Przyspieszyła kroku, idąc za odgłosami, aż w końcu stanęła na początku korytarza, gdzie znajdywało się czterech chłopaków. Podeszła bliżej i z niepokojem stwierdziła, że ma marne szanse w starciu z trzema rosłymi Ślizgonami, którzy pastwili się nad skulonym chłopcem i zupełnie nie zauważyli jej obecności. Przez chwilę się zawahała, czy nie pójść po kogoś, ale po chwili zwątpiła. Chłopcu w tym czasie mogła się stać krzywda, a ona, nawet jak bardzo skrupulatne rozwiązanie by to nie było, poczułaby się jak tchórz. A na to jej gryfońska duma nie pozwalała.
– Co tu się dzieje? – zapytała, zanim się zorientowała. Krew zaczęła w niej buzować, a ona miała wrażenie, jakby powiedział to ktoś inny. Jeden ze Ślizgonów, którego nazwiska nie znała, odwrócił się z wściekłością wymalowaną na twarzy, ale gdy ją zobaczył, obrzydliwie się uśmiechnął. 
– A kogo my tu mamy? – Na jego słowa dwóch pozostałych z ciekawością odwróciło się w jej stronę. Ich reakcja była podobna. – Kolejna głupia Gryfonka, która myśli, że odwagą zbawi świat. Czy wy naprawdę jesteście tak beznadziejni, że durnie pakujecie się we wszystkie sytuacje, jakie wam się napatoczą, czy może macie tak przesadnego pecha? Ciekawe, że akurat ze wszystkich domów, to w Gryffindorze jest największy odsetek tragicznie zmarłych. – Zaśmiał się.
Alice przełknęła ślinę i rzuciła nerwowe spojrzenie w stronę chłopca. Był wyraźnie przerażony i nie ruszył się z miejsca ani o krok. Alice obawiała się, że jest ranny.
– Ciekawe, że akurat ze wszystkich domów, to w Slytherinie jest największy odsetek morderców i podłych szuj – wyparowała Alice, czując, że stąpa po cienkim lodzie. Nerwowo zdążyła ocenić sytuację. W grupie trzech Ślizgonów nie było ani Averego, ani Mulcibera, których znała z pogłosek o napadach na uczniów. Ba, trzy lata temu znęcali się również nad Mary, więc czuła się tak, jakby w pewnym sensie i ją dotknęło ich okrucieństwo. Natomiast Ślizgoni, z którymi miała do czynienia w tamtej chwili musieli być o przynajmniej rok, jak nie dwa, młodsi. To dało jej lekkie poczucie bezpieczeństwa i władzy. Przecież znała więcej zaklęć, prawda? Ale ich było trzech.
– Zostawcie go – dodała, zanim ci coś odpowiedzieli. Jeden z nich znowu się zaśmiał. Alice prychnęła.
– Masz taki głupi wyraz twarzy, czy humor cię nie opuszcza, że ciągle rechoczesz? – zapytała. Chłopak zrobił się czerwony. Alice nie wiedziała czy to od tego, że go obraziła, czy dlatego, że był na nią wściekły.
– Ty plugawa...
– Co tu się dzieje? – Tym razem wszyscy zamilkli. Cichy i lekko zdziwiony głos dochodził zza pleców Alice. Powoli się odwróciła, myśląc, że to jakiś trefny sen. Ku jej zszokowaniu za nią stał czwarty Ślizgon. Faktycznie Gryfoni chyba jednak nie mają szczęścia, pomyślała. Serce zabiło jej szybciej, gdy zobaczyła kto przed nią stoi. Szybko przełknęła ślinę. Chłopak przejechał wzrokiem po wszystkich na korytarzu i pewnie już do niego dotarło, co się działo. 
– Wynoście się. – Spojrzał twardo na jednego z młodszych Ślizgonów. Żaden nie protestował – znikli w błyskawicznym tempie. 
Alice nie wiedziała, czy jej ciało drży również na zewnątrz, ale w środku cała się przeraźliwie trzęsła. Nie miała pojęcia czy Regulus Black jest bezpieczny i jaki miał cel w wypędzeniu trójki chłopaków, ale miała niemiłe przeczucie, że wpadła z deszczu pod rynnę. On na pewno był od nich starszy i zdolniejszy. Alice wzięła głęboki wdech i szybko odwróciła się w stronę jęczącego, skulonego na podłodze, chłopca, próbując zignorować wwiercające się w nią spojrzenie. 
– Gdzie cię boli? – zapytała z troską, patrząc na, teraz już widziała, Krukona. 
– No-noga – pisnął, nie odrywając dłoni od twarzy. Alice kątem oka zobaczyła, że Regulus Black nadal stoi w tym samym miejscu, co przed chwilą. W przypływie złości wstała, i spojrzała w jego stronę.
– O co ci chodzi? Wracaj do tej całej bandy z twojego cholernego domu! – wysyczała. Przez chwilę pomyślała, że popełniła błąd. Chłopak stał i wpatrywał się w nią zimnym spojrzeniem, jednak nic nie powiedział, tylko odwrócił się i odszedł. Gdy przykucnęła przy małym Krukonie, słyszała jeszcze odgłos jego oddalających się kroków. Gdy uświadomiła sobie, że będzie musiała odnieść chłopca do Skrzydła Szpitalnego, bo ten sam nie będzie w stanie przejść ani kroku, pomyślała, że może naskakiwanie na, to trzeba było przyznać, niewinnego Regulusa Blacka, chyba nie było dobrym pomysłem. 
Zaraz jednak przypomniało jej się, że Regulus Black jest Ślizgonem, a o nich nie można było powiedzieć, że są niewinni. 



***


     Syriusz zdążył tego dnia nie podpaść żadnemu nauczycielowi, popatrzeć na tajemniczą koleżankę Meadowes, przy okazji pokłócić się z samą Meadowes trzy razy, wpaść na, majaczącą coś o Jamesie i Evans, Lorę oraz wymyślić z Peterem trzydzieści pięć różnego rodzaju żartów na trzydzieści pięć dni. Wracał dumny do Wieży Gryfonów, nie mogąc wyjść z podziwu ile pożytecznego zrobił jednego dnia, gdy wpadł na zdyszaną Alice. Ta wyraźnie ucieszyła się na jego widok i pociągnęła go za rękę jakimiś dziwnymi korytarzami. Sam na początku trochę się zdziwił, że Thomas tak bardzo pragnie znaleźć się z nim w ciemnym bezludnym miejscu, i sam za bardzo nie wiedział, jak to odebrać. Po chwili sprawa była jasna, gdy za kolejnym zakrętem zobaczył siedzącego na podłodze chłopca. Spojrzał na Alice, która tylko wydyszała:
– Ma złamaną nogę. Ślizgoni. 
Syriusz już wiedział, co się zdarzyło i bez zbędnych pytań wziął chłopca na ręce. Uznając za dobry znak to, że ten nie wyje, zaczął iść w kierunku Skrzydła Szpitalnego. Alice do niech podbiegła, próbując dotrzymać im kroku.
– Zostawili go tak? – Syriusz zapytał po chwili milczenia. Miał niejasne przeczucie, że niezatrzymani Ślizgoni zadaliby chłopcu większą krzywdę.
– A skąd – prychnęła Alice, której oddech już się wyrównał. – Znalazłam ich jak się nad nim znęcali. Później ucięliśmy sobie krótką pogawędkę, a potem... – przerwała. Zastanowiła się, jak Black zareaguje na wzmiankę o jego bracie.
– A potem? – Black spojrzał na nią podejrzliwie kątem oka. Jego oczy były tak samo zimne i przenikliwe jak te, które jeszcze kilka minut temu się w nią wwiercały. Mogła sobie tylko wyobrazić jaki był wściekły. Nienawidził Ślizgonów.
– No. A potem ktoś przyszedł i kazał im się wynosić – wydukała Alice, pod wpływem tego spojrzenia. Syriusz zmarszczył brwi.
– Kto to był? Ślizgon?
– Nie. Tak. – Alice przełknęła ślinę. Syriusz podniósł brwi, patrząc na nią wymownie. Westchnęła.
– Ślizgon. Nie pamiętam kto – skłamała. W odpowiedzi usłyszała tylko zamyślone "ymhym".
Doszli do Skrzydła Szpitalnego i zostawili chłopca pod opieką pani Pomfrey. Alice opowiedziała jej również co zaszło. Gdy wyszli, Syriusz złapał Alice za ramię.
– Co się stało z tym kimś, kto kazał im się wynosić? – zapytał bystrze. Alice spojrzała mu prosto w oczy.
– Później to ja kazałam się jemu wynosić – odpowiedziała sucho i wyszarpnęła się z jego uścisku. – Dziękuję za pomoc – dodała, siląc się na uśmiech, i odeszła. Syriusz spokojnie odprowadził ją wzrokiem, a później ruszył w przeciwną stronę. Znał szybsze sposoby na dostanie się do Wieży Gryffindoru. 




***



– Potter, mam nadzieję, że pamiętasz o naborze do drużyny i pierwszym treningu quidditcha w tym tygodniu. – Profesor McGonagall spojrzała badawczo na swojego wychowanka, wyrywając go z porannego zamyślenia, które ostatnio było codziennością podczas jego śniadania.
– Yyy... Tak! Oczywiście, pani profesor – zapewnił James, przeklinając siebie w myślach. Zapomniał wywiesić ogłoszenia o naborze w pokoju wspólnym.
– A czy wszyscy, wyłączając ciebie, też o tym pamiętają? – drążyła sprawę profesor McGonagall. Syriusz prawie parsknął śmiechem. Może nikt by się nie spodziewał, ale on wiedział, że profesorka jest największą fanką quidditcha w całym zamku. 
– Yyy... Prawie? – James posłał jej wpół przepraszający, wpół nerwowy uśmiech. Wiedział, że im później się za to zabierze, tym gorzej dla drużyny. A wrzesień już się kończył! 
Profesor McGonagall zacisnęła usta w wąską linijkę.
– W takim razie rozumiem, że dzisiaj kategorycznie się tym pan zajmie, panie Potter – stwierdziła sucho i po gorącym "tak, oczywiście, pani profesor" Jamesa, odeszła. Wtedy dopiero Syriusz wybuchł śmiechem, a Remus posłał mu karcące spojrzenie. 
– Niech ona mi tylko nie mówi, że quiddich jej nie interesuje – pokręcił głową Peter. 
– McGonagall to też człowiek, może. – Remus wywrócił oczami. James przetarł oczy i wbił wzrok w owsiankę.
– Wyglądasz, jakby co najmniej stado hipogryfów po tobie przebiegło – mruknął Syriusz, patrząc na niego uważnie. – Widziałeś się już z Deaf? 
James zaśmiał się cicho.
– Oczywiście to nie miało na celu jej urażenia, po prostu tylko skojarzyłeś ze sobą te dwa fakty. – Zaczął grzebać łyżką w misce. 
– Łapa ma rację, nie jesteś swój – zaczął Remus. – To zupełnie tak jak... – przerwał, stwierdzając, że wspominanie jeszcze o Lily Evans w tej rozmowie nie przyniesie niczego dobrego. Jednak sama wzmianka wystarczyła, by obudzić ciekawość Syriusza.
– Jak kto? – zapytał, przeszywając wzrokiem Remusa. Ten zaczął wytrzeszczać do niego oczy i kopać go pod stołem w nogę na znak, że teraz nie mogą o tym mówić. James westchnął.
– Lunatyku, przestań mnie kopać – stwierdził zmęczony. Remus trochę zawstydzony przestał kopać kostkę Syriuszo-Jamesa. – I serio, Lily Evans nie jest tematem tabu. Nie bój się tego imienia, bo niedługo zrobimy z niej drugiego Voldemorta – dodał. Jakaś dziewczynka obok niego pisnęła, pech chciał, że akurat piła sok. Zaczęła się krztusić, a James zdezorientowany zaczął klepać ją po plecach. 
– Widzisz jak działasz na kobiety Rogaczu? – zaśmiał się Syriusz, a James wywrócił oczami. 
– To chyba jednak nie ja, tylko Volde... – zaczął, ale Remus kopnął go w, tym razem celowo jego, kostkę. 
– Błagam cię, nie kończ, bo załatwisz tak pół populacji małych dziewczynek – wyszeptał pochylając się do niego przez stół. – Co nie zmienia faktu, że potrzebujesz snu – dodał głośniej beztroskim tonem. 
– I kilku żartów na odprężenie – dodał Syriusz, patrząc porozumiewawczo na Petera. 



***


     Nie ulegało już mojej wątpliwości, że Mike Taylor był najbardziej irytującym człowiekiem na świecie. Doprowadził mnie do absurdalnych myśli, w których zastanawiałam się, czy może nawet Lora Deaf nie miała przypadkiem lepiej. Mary bardzo się śmiała. "Jestem łaskawa, bo nie mówię a nie mówiłam", mówiła. Prychałam i wywracałam oczami i prychałam i wzdychałam. W końcu uznałam, że tylko jedna decyzja wydaje się racjonalna w moim przypadku, i którą powinnam podjąć już dawno temu. Ba, ja ją podjęłam! Ale z powodu niektórych okoliczności cofnęłam się do punktu wyjścia. Bo całowanie się z Potterem to odpowiednie okoliczności, by cofać czas, wytykałam sobie. Pod koniec września doszłam do obłędu – ile razy widziałam twarz Pottera, tyle razy zastanawiałam się, jak bardzo ciekawe jest to, że on nie pamięta. O ile, jeszcze na szóstym roku, myślałam, że pewnie wolałby pamiętać, o tyle na początku siódmego wcale nie byłam tego taka pewna. Później łapałam się na myślach, o czym ja myślę. 
– Lily, Mike idzie – Mary szepnęła do mojego ucha. Odwróciłam odruchowo głowę – szedł.
– Wiesz co... Muszę coś załatwić – wymamrotałam, mając dziwne deja vu. Wydawało mi się, jakbym była w jakimś długo wyczekiwanym śnie. Kiwnęłam głową na drzwi Wielkiej Sali i poszłam w tamtym kierunku, mijając Mika, który od razu za mną zawrócił. Jak w transie wyszłam na korytarz, później przeszłam w drugi i trzeci i czwarty, jak najdalej od wszystkich. W końcu, gdy byłam już pewna, że w tym miejscu nikt nie będzie słyszał ewentualnych jęków Mika, przystanęłam. 
– Jesteś dziś bardzo tajemnicza – uśmiechnął się, a mnie prawie wywróciły się wnętrzności. Jak mogłam wytrzymać z nim tyle czasu? 
Chciał złapać mnie w talii, odsunęłam się. 
– Mike – przygryzłam wargę, patrząc na niego ze łzami w oczach. Naprawdę nie chciałam płakać. Nie umiałam nawet stwierdzić, czy to łzy radości, czy z przywiązania, czy to może z tego, że za chwilę go zranię. – To nie ma sensu – westchnęłam cicho, czując nagłą ulgę. – My nie mamy sensu. 
Mike zmarszczył brwi.
– Co ty dzisiaj taka filozoficzna jesteś... – zaczął, znów próbując mnie objąć. Wyrwałam się.
– Na miłość Merlina, Mike! Zrywam z tobą – syknęłam, a łzy same potoczyły się po policzkach. Zagryzłam mocno wargę i, nie czekając na jego jakąkolwiek reakcję, odwróciłam się i uciekłam.

21 komentarzy:

  1. Jejku jejku jejku :3
    Tak bardzo się cieszę, że w końcu dodałaś rozdział! :)
    Po prostu kocham Cię za to że Lily zerwała z Mike'm! Mega podoba mi się wątek z Alice i Regulusem, jest taki tajemniczy :D

    Pozdrawiam cieplutko i życzę Wesołych Świąt spędzonych w gronie rodziny,

    Larmes ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Komentuje pierwszy raz xd Czytam od przedwczoraj wszystkie rozdziały i stwierdzam bez wahania, że to super blog i masz talent. Nie mogę się doczekać, aż James zerwie z tą Lorą i w końcu z Lily bd jakaś 'upojna chwila' serio nie mogę się doczekać, aż będą razem. To chyba tyle, a jeszcze jedno xd Uzależniłam się od czytania tego bloga, wiec chce szybko następny rozdział xd Pozdrowki, Wesołych :)

    OdpowiedzUsuń
  3. TAAAAAAAAAK!!!!!!!! WRESZCIE. Z NIM. ZERWAŁA!!! :D
    Tylko ciekawa jestem jego reakcji i by jej nie zaszkodził. Ale raczej nie podejrzewam, bo nie zrobiła tego zołzowato, ale jej było smutno, więc on też powinien okazać się raczej człowiekiem.
    Ale taaaaaak!!!
    Bo tak na początku, to pół rozdziału takie troszku mdłe, ale w końcu takie coś też naprawdę jest potrzebne, no bo co, po prostu niektóre wątki zostały poruszone, ale jeszcze nie rozwinięte (zostaną kiedy indziej). ALE końcówka wszystko nadrobiła i dzięki temu to jest jeden z najlepszych rozdziałów ostatnini czasy :D :D :D
    Lalalalala, Mike poszedł się bujać, lalalalala
    :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Szok nowa notka.. zabieram się za czytanie

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja pierdziu, chyba się nie doczekam żadnej interracji Evans - Potter!!! xDxDxD

    OdpowiedzUsuń
  6. Komentuje po raz pierwszy, a czytam a gdzieś od marca/kwietnia sorki :x Jaki ten Mike mnie irytował, cieszę się, że wreszcie z nim zerwała ^^ Masz 2tygodnie na zerwanie Jamesa z Lorą i miesiąc na upojną chwilę Jily :3 Ten moment z Regulusem.. Lubię, gdy jest choćby minimalnie pozytywną postacią w fanfikach, więc masz u mnie dużego plusa :p Wiadra weny życzę, Potterowego roku (no chyba że jednak dasz jakiś rozdział przed Sylwestrem, bo Cię poniesie XD), bo na 'Harrych Świąt' już jest za późno :c

    OdpowiedzUsuń
  7. Dlaczego tak rzadko dodajesz nowe rozdziały ;-; proszę częściej! Ja tu usycham z ciekawości a Ty taką krótką notkę dajesz ;-; Prooooooszeeeeeeee częściej dodawaj ;-;

    OdpowiedzUsuń
  8. NARESZCIE!!!!! Ile ja na to czekałam. Jak ten Mike mnie irytował... Lily zerwała z Mikem. Lily zerwała z Mikem. LILY Z NIM ZERWAŁA. Ale cuuudowny rozdział dzięki temu. Jeszcze trzeba wyeliminować Lorę...
    ~lula

    OdpowiedzUsuń
  9. No nareszcie! Od momentu jak cofnęła się w czasie tak źle się ułożyło ze z nim nie zerwała no ale nareszcie. Ufff... No i mamy 7 rok nie mogę się doczekać jak to się rozkręci Lily & James 4ever ^^

    OdpowiedzUsuń
  10. UFF NARESZCIE ZERWALA Z TYM POPAPRAŃCEM. Napisz proszę jak najszybciej❤

    OdpowiedzUsuń
  11. Fajny rozdzial mam tylko pytanie czy Dorcas będzie z Syriuszem ? Nie wiem czemu ale bym chciała xdd rozdział świetny jak wszystkie ��

    OdpowiedzUsuń
  12. Kiedy następny? Czekam z utęsknieniem! x]

    OdpowiedzUsuń
  13. Podobnie jak Ci wyżej, czekam z utęsknieniem na następny rozdział. Mam nadzieję, iż wena Cię nie opuszcza i niebawem dodasz coś nowego, bo Twoja historia jest jedną z moich ulubionych. Jeszcze raz - weny i czego tam potrzebujesz!:)

    OdpowiedzUsuń
  14. Mam nadzieję, że nowy rozdział niedługo :))

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie każ mi posunąć się do gróźb. Dodaj rozdział, grzecznie proszę

    OdpowiedzUsuń
  16. Czekam dalej!

    OdpowiedzUsuń
  17. Usycham z tęsknoty :c
    Odezwij się!

    Larmes ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. Chyba się już nie doczekamy.

    OdpowiedzUsuń
  19. Również usycham z tęsknoty!

    OdpowiedzUsuń
  20. Pisz dziewczyno, pisz!
    Jak siadłam do czytania to nie mogłam się oderwać i z przerażeniem patrzę na częstotliwość pojawiania się notek.
    Podoba mi się Twój Potter i to że nie kłócą się ciągle z Lily o jakieś pierdoły. Nareszcie na jakimś blogu nie ma wątku miłości do niej od pierwszego wejrzenia tylko zakład :) Relacja Blacka i Pottera jest genialna. Pomysł z zakładem? Super! Akcja w tunelu jeszcze lepsza :) Bardzo lubię postać Mary, chyba najbardziej ze wszystkich dziewczyn i Regulusa :) Tylko tego Mike'a nie mogę zdzierżyć, a od momentu cofnięcia się w czasie irytował mnie jeszcze bardziej. Nie będę za nim płakać :)

    Pozdrawiam i życzę weny!

    OdpowiedzUsuń