d

d

1 stycznia 2017

Rozdział 41.

     Po miesiącu i Lily, i Dorcas, i Mary, i Sofia, i Remus, i Syriusz(!) zauważyli, że Alice Thomas znacząco schudła. Na początku wszyscy zrzucali to na fakt coraz bardziej prawdopodobnej wojny w czarodziejskim świecie, mnóstwem pracy przed OWTM-ami oraz ogólne parszywe samopoczucie, które od kilku tygodni dopadało prawie każdego ucznia Hogwartu. Tak naprawdę, jednym z nielicznych, który mu się jeszcze nie poddał był Remus Lupin, który średnio co dwa dni długo spacerował z Sofią McDouge po opustoszonych, grudniowych błoniach. Później jednak, sytuacja Alice stawała się coraz poważniejsza.
– Nie wiem czy bardziej się martwić, jeśli się okaże, że chudnie przez troski, czy wtedy, gdy się okaże, że bez nich – westchnęła Dorcas. – Kobieta powinna mieć trochę ciała.
– Może poczekajmy do świąt, będzie miała okazję, by odpocząć i trochę przytyć – mruknęła Mary, przeglądając jakiś magazyn. 
– Jak dla mnie schudła za bardzo.
– Powiedz jej to.
Dorcas kolejny raz ciężko westchnęła i zamknęła się w łazience. Powoli wszyscy byli wykończeni dopiero połową roku szkolnego, a przy drobnej optymistycznej myśli kurczowo trzymała ich wizja nadchodzących świąt, spotkania z rodziną i okazji do odetchnięcia. Do pokoju weszła Alice.
– Tragedia. – Rozejrzała się po swoich rzeczach, zostawiła torbę z książkami, złapała za szalik, czapkę i kożuch i wyszła. Znowu potrzebowała świeżego powietrza, bo miała uczucie, że w przeciwnym razie zwariuje. Wolno schodziła po schodach, w międzyczasie się ubierając. Później wyszła z zamku. Przeszła dosyć spory kawałek drogi i zauważyła kontur postaci nad brzegiem jeziora. Zaczęła iść w tamtą stronę, sama nie wiedząc dlaczego. Coś ją przyciągało do tamtego miejsca.  Gdy znajdowała się w odległości kilkunastu kroków widziała, że magnetyczna osoba to dobrze zbudowany chłopak, który był tak zamyślony, że nawet nie słyszał jej kroków.
Gdy była w odległości trzech metrów od niego, serce zabiło jej szybciej. Poznała go po fryzurze.
Mimo to, doszła i stanęła obok niego, patrząc na zachodzące słońce. Czuła się dziwnie niezagrożona, a wręcz bezpieczna. Chłopak jakby się ocknął i przekręcił głowę w jej kierunku. Minęła bardzo długa chwila, trwająca kilka minut, wypełniona tylko szumem i trzaskiem suchych gałęzi balansujących przez wiatr.
– Czym się ostatnio martwisz? – zapytał w taki sposób, że prawie ścięło ją z nóg. Jego pełen troski ton był absurdalny w sytuacji, w której w ogóle się nie znali za wyjątkiem widzenia. A zresztą: skąd u licha takie pewne stwierdzenie, że czymś się martwi?
– Co to w ogóle za pytanie? Nawet się nie znamy. – Zmarszczyła brwi. Wydawało jej się, że go rozbawiła.
– A jednak stoisz tu ze mną. 
– Mam takie samo prawo tutaj stać, jak i ty. To że jesteśmy tu razem to czysty przypadek. – Popatrzyła na niego z pasją. Czy myślał, że zależało jej na jego towarzystwie?
– Niech ci będzie – uśmiechnął się. Jeszcze raz zerknęła na niego kątem oka. Był interesujący, z tym zagadkowym wyrazem twarzy, swoją przynależnością do rodu Blacków i domu Slytherina, jego ostatnio darzoną dziwną ciekawością jej osobą. Właściwie, stojąc nad tym brzegiem wody, ze szlachetnymi poważnymi rysami, ciemnymi włosami opadającymi na białe czoło, umysłem, który na pewno był ponadprzeciętny i nieprzenikniony, wydawał się niesamowicie inspirujący.
– O czym tak myślisz? – wyrwało jej się mimochodem.
Serdecznie się roześmiał, a ona znów zszokowana zesztywniała. 
– Jak na parę osób, które w ogóle się nie znają, faktycznie zadajemy sobie bardzo osobiste pytania – posłał jej zniewalający uśmiech. Zamrugała kilkakrotnie. Czy zaczęła nieświadomie flirt ze Ślizgonem?
– Masz rację, zapomnij. – Machnęła dłonią, która drżała jej z zimna. Złapał ją z pewnością, zanim zdążyła schować ją do kieszeni i ujął tak, by ją ogrzać. Alice przełknęła ślinę, nie bardzo wiedząc, jak zareagować na tak pewny siebie gest. – Co ty robisz? – zapytała z nieprzeniknioną fascynacją. Chciała być zła, ale jego dłoń była tak rozkosznie ciepła i delikatna. Trzymał ją tak, jakby była najcenniejszym skarbem na świecie.
– Świat jest taki interesujący, niezbadany i nieprzenikniony. – Oczy Regulusa Blacka wręcz wwiercały się w jej. Oszołomiona patrzyła na iskry pasji, które się w nich czaiły. – Dlaczego ludzie przejmują się, cierpią i troszczą o te marne sprawy i idee, które nawet nie są tego warte. Nie znamy tych największych, najznakomitszych celów, myśli i rzeczy, za które naprawdę warto umierać. 
– Czy wszystko w porządku? – Alice zapytała słabo, bezwiednie drugą dłoń przykładając do jego czoła. Ją też złapał i stali tak, patrząc na siebie z niezgłębioną energią, trzymając się za ręce. 
– Alice, ja tracę zmysły. – Zszokowana, nawet nie zauważyła, że zna jej imię. – Obiecaj mi, że będziesz przy mnie, dopóki ich nie stracę.

***


Wdech, wydech.
     Wcale nagle nie zapomniałam jak się oddycha. Lewa noga do przodu, prawa noga do przodu. Wcale nagle nie zapomniałam jak się chodzi. Jak normalnie trzymam głowę? Czy teraz nie jest za wysoko? 
Opuściłam ją. 
A teraz za nisko?
Jeszcze jeden wdech. Co się dzieje? To przecież zwykły korytarz. Zwykły korytarz, na którego końcu stał James Potter. Peter mnie zauważył. Pomachał mi, co było bardzo, bardzo dziwne. 
Jeszcze raz: gdzie się trzyma ręce podczas chodzenia? Nagle zaczęły niezręcznie zwisać.
Spoconą dłonią chwyciłam pasek od torebki, by chociaż w części pozbyć się dręczącego mnie w tej chwili problemu.
Czy nie stawiam za krzywo stóp?
Remus się do mnie uśmiechnął i pomachał, bym do nich podeszła. Serce waliło mi jak młotem.
Po co? Nigdy tego nie robił! Przecież wiedział, że na towarzystwo wszystkich Huncwotów reaguję wręcz alergicznie. 
Myślałam, że gorzej być nie może?
Mogło! James Potter odwrócił głowę w kierunku, w którym patrzyli jego kumple. 
Czy nie mam za głupiego wyrazu twarzy! A od kiedy przejmuję się takimi rzeczami?
Przyspieszyłam swój nerwowy krok, wzięłam kolejny głęboki oddech. Po prostu nie mogłam na niego spojrzeć. Czułam, że jeszcze chwila i się zarumienię.
– Cześć, Lily! Widziałaś się dzisiaj ze Slughornem? Podobno rozdawał jakieś dodatkowe materiały swoim najzdolniejszym uczniom. – Remus wyszczerzył zęby, gdy byłam już całkiem blisko ich. – Ja niestety nie miałem tego szczęścia, cały dzień zajęty. – Zamrugał oczami, jak mała dziewczynka. Spojrzałam na całą ich czwórkę. Nagle uświadomiłam sobie, że taki widok należał do dosyć podejrzanych. Peter podejrzanie patrzył gdzieś w bok, od Remusa podejrzanie buchało uczucie entuzjazmu, a nawet ekstazy, Black podejrzanie stał, opierając się nonszalancko o podejrzaną ścianę (bo dlaczego wybrał właśnie tę?!), w ręce trzymał ten zawsze interesująco podejrzany kawałek żółtego pustego pergaminu, który, jak się nauczyłam, nie zwiastował niczego dobrego.
Spojrzałam na Pottera i złapałam jego wzrok. Obserwował mnie.
– Co wy kombinujecie? – zapytałam najbardziej normalnym tonem na jaki było mnie stać, nagle przypominając sobie, jak się stoi, mówi, oddycha.
Remus podejrzanie uśmiechnął się jeszcze szerzej. Black podejrzanie na mnie spojrzał. Peter podejrzanie głośno przełknął ślinę. Potter podejrzanie patrzył się na mnie dalej.
– Evans, skąd ty i McGonagall macie ten diabelski zmysł? Pojawiacie się zawsze tam, gdzie nie potrzeba – mruknął Black. Podniosłam brew i zerknęłam na Remusa.
– To ściśle tajne, ale mogę ci zdradzić, że...
– Lunatyk – Potter popatrzył na niego z naciskiem.
Zrobiło mi się słabo. Dlaczego nie chciał żebym znała choć jeden mały szczegół? Przełknęłam ślinę. Phi! 
– Nie chcecie, to nie mówcie – wzruszyłam ramionami. Chciałam odejść i nie chciałam odchodzić. Czy  to miało sens? Gdyby złowić jeszcze jedno jego spojrzenie...
– Co robisz dzisiaj po południu? – zapytał nonszalancko Remus, podejrzanie zmieniając temat. Wiedziałam, że zawsze w takich sytuacjach już by mnie tam nie było. Wiedziałam, że fakt, że jeszcze tam stałam zadziwiał nie tylko mnie. Uśmiechnęłam się do niego i zanim zdążyłam coś odpowiedzieć, dotarł do moich uszu pisk, a zaraz potem westchnienie Syriusza. Chwilę później na szyi Pottera wisiała Lora.
Odchrząknęłam.
– Nic specjalnego – uśmiechnęłam się szerzej. – Ale teraz dosyć się spieszę, cześć. – Minęłam ich zanim zdążył mnie zatrzymać, odprowadzana czujnym spojrzeniem Blacka.


***

     Syriusz stał sam pod ścianą, po tym, jak rozdzielił się z przyjaciółmi. Remus prowadził bujne życie towarzyskie, w rzeczywistości szukając kontaktów, potrzebnych do ich planu, a James i Peter poszli przygotowywać teren na "ostatni tak wielki i spektakularny występ", jak to oni wszyscy ujęli. Byli w końcu na siódmym roku, a to do czegoś zobowiązywało. Tym bardziej, że chociaż nie chciał tego przed sobą przyznać, knucie dowcipów, o których było głośno później przez długi czas, zaczynało go nudzić. Gdyby jednak dopuścił do siebie tę prawdę, mógłby jeszcze wyciągnąć z niej wniosek, że się postarzał i zesztywniał. A przecież on nadal był tym beztroskim Łapą, tak?
Jego wzrok padł na jakiegoś Ślizgona i przypomniał mu się brat. Mimowolnie uśmiechnął się na wspomnienie ich ostatniej pogawędki. Bardzo wyrósł i wyprzystojniał, a Syriusz zaczął się zastanawiać, czy Regulus ma takie samo powodzenie u dziewczyn jak on. Nagle poczuł dziwne ukłucie, myśl, że chciałby z nim porozmawiać o tylu rzeczach. Uczucie zaczęło się zmieniać w złość, dlaczego na świecie panuje okrutna niesprawiedliwość. Czy te podziały na domy tak naprawdę miały znaczenie? Czy więzy krwi miały znaczenie? Po co w ogóle zło? Po co Voldemort? 
Nagle poczuł chęć uderzenia dłonią w ścianę i zrobił to. Nie zadziałało? Jeszcze raz!
Otrząsnął się. Zaczął robić z siebie widowisko, i choć niektórym mogło się wydawać, że to znowu jakieś wyreżyserowane przedstawienie, on teraz bardzo nie chciał zwracać na siebie uwagi.
Zacisnął zęby i dumnie, z prostymi plecami poszedł przed siebie. Spróbował oddychać normalnie i pomyśleć trzeźwo. Czego potrzebował? 
Jakiejś ucieczki. Przymknął oczy. Tak bardzo chciał poczuć czyjąś bliskość. Porozmawiać z kimś, kto byłby od tego wszystkiego daleko, z kimś, kto nie znał by jego i jego życia tak dobrze. I na myśl mu przyszła koleżanka Meadowes.


     Sofia nie musiała się spieszyć. Chodziła samotnie korytarzami podczas przerwy, ale nagle zrobiło jej się głupio, gdy widziała, że każdy z kimś rozmawia. Powrót do starych, dobrych czasów, pomyślała. Już była pewna, że ten stan będzie utrzymywał się wiecznie, gdy na końcu korytarza zauważyła Remusa. Zaczęła się zastanawiać, czy w ogóle ją kojarzy. Mimo znajomości z Dorcas i wielu nowych kolegów i koleżanek, których dzięki niej poznała, nadal pod pewnymi względami czuła się niepewnie. To był jeden z tych względów. 
– Cześć. – Uśmiechnęła się, gdy go mijała. 
– Hej! – Zareagował bardzo entuzjastycznie. Była prawdziwie zszokowana. Wiele słyszała o towarzyskości Huncwotów, nawet ich poznała osobiście i miała okazję przyglądać się im dosyć często, a mimo to oszałamiającym było, że do praktycznie nowo-poznanej osoby ktoś odnosił się tak ciepło i serdecznie.
– Jesteś tryskającą energią na tym korytarzu – mruknęła Sofia. Sama chętnie chciała by taką być.
– Jedyne pięć galeonów za magiczny proszek i ty też będziesz żywą euforią. – Remus puścił do niej oczko, śmiejąc się radośnie. – A tak na serio, piękny dzisiaj dzień, jak chcesz z tego skorzystać? – zapytał prowokująco.
– Książkowa alternatywa? – zapytała, robiąc głupią minę. Remus pocmokał, kręcąc głową. 
– Niedobrze. Chodźmy porzucać kamienie do wody. Serio, to świetna zabawa – stwierdził i ruszył w przeciwnym kierunku. 
– Chwila... Co? – otumaniona pobiegła za nim, trzymając mocno torbę. – Mówisz poważnie? A co z lekcjami? 
– Doprawdy, a ja myślałem, że to ja i Lily jesteśmy największymi kujonami w Gryffindorze – zaśmiał się, a Sofia tylko zmrużyła oczy.
– Bo jesteście. A zresztą dzisiaj w tobie za dużo huncwockiej krwi – szturchnęła go łokciem w bok. 
– Mimo wszystko, musisz porzucać kamieniami – odpowiedział, a idąc na błonia rozpoczęła się długa i zagorzała dyskusja o kamieniach, naturze, filozofii, szkole, książkach, naleśnikach (?), i mrożącej entuzjastyczną krew w żyłach historii o nadgryzionym bucie Remusa, czego Sofia nie przeoczyła, a ten musiał szybko wymyślić fantastyczną opowieść, która kryłaby występek Syriusza Łapy Blacka. 

Co do Syriusza Blacka, zebrał się on w końcu na odwagę, by poszukać koleżanki Meadowes i z nią porozmawiać, poznać ją. Ale nawet gdy znalazł klasę z uczniami z jej rocznika (!), okazało się, że Sofia McDouge zniknęła z zajęć godzinę wcześniej.


***

– Co to jest: skacze, ale w bieganiu jest kompletnie zielona? – Lora narysowała palcem na ramieniu Jamesa niezidentyfikowany wzorek. Siedzieli na parapecie późnym wieczorem.
James zmarszczył brwi. 
– Żaba? 
Lora wybuchła perlistym śmiechem.
– Tak! Bystry jesteś. – Pogłaskała go po policzku. Przymknął oczy, trochę już ze znudzenia. Co on robił ze swoim życiem? – Teraz ty.
– Co to jest: każdy go dostaje, ale nikt go nie ma. Wszyscy narzekają, że ucieka, ale mało kto go szanuje. – Wymyślił po chwili James.
Lora zamyśliła się. James też. Mało kto go szanuje, jak on nie szanował swojego czasu! Czy robił w tej chwili to, co kochał? Nie. Robił to, co wypadało mu robić. Jakim cudem się tak wplątał?
– Czy to los? – usłyszał głos Lory.
– Nie, zgaduj dalej – odpowiedział automatycznie. Właśnie wrócił myślami kilka godzin wstecz, gdy na korytarzu podeszła do nich, Huncwotów, niepewna Lily Evans. Jaki to był interesujący widok! Pierwszy raz widział ją wyglądającą na zawstydzoną. A jakie to było niemożliwe! Kogo miała się wstydzić, przecież znała ich wszystkich.
– Czas? Halo, James, pytam się, czy to był czas?! – Lora pomachała Jamesowi dłonią przed oczami. Zamrugał kilkakrotnie. 
– Yym... tak! To był czas! – otrzeźwiał. – Może już się zbierzemy. Odprowadzę cię – stwierdził nagle z otępieniem i zeskoczył z parapetu. Przeszli przez zamek do Wieży Krukonów, Lora nieustannie mówiła o czymś z entuzjazmem. W końcu niejasno do niego dotarło, że mówi o bożonarodzeniowym balu Slughorna. Na pożegnanie Lora przyciągnęła go do siebie, ale nie czuł już jej pocałunku. Myślami był za daleko. Gdy tylko go puściła, poszedł przed siebie do Wieży Gryfonów. Rozejrzał się po pokoju wspólnym z rosnącą nadzieją, ale nie było tam żadnej Lily Evans.
Wszedł po schodach do dormitorium i rzucił się na łóżko, nie fatygując się nawet taką czynnością jak zamykanie drzwi. 
– Ja chyba zwariuję – stwierdził, przecierając twarz dłońmi. 
– Nie tylko ty – Remus wskazał na drzwi od łazienki. Po chwili się otworzyły a James, Remus i Peter zobaczyli Syriusza w ubraniu, ociekającego wodą. 
– No co?
– Nic oprócz tego, że jestem pajacem – stwierdził James. – Jestem na siebie wściekły.
– Ta? To witaj w klubie pajaców, bo ja do niego dołączam. Członkostwo wykupuje się u ciebie, czy masz może jakieś sekretarki? – zapytał Syriusz, rzucając się na łóżko.
Remus tylko jęknął.
– Śpiąc w mokrym łóżku, przeziębisz nerki – westchnął.
– Super. Może pajace z przeziębionymi nerkami są mądrzejsze. – Black zazgrzytał zębami.
– Jeśli tak, to dzisiaj śpię z tobą w tym mokrym łóżku – rzucił James.
– Nadal nie wierzę, że tyle już z wami wytrzymałem – wtrącił Remus.
– Nadal nie wierzę, że tyle ze sobą wytrzymałem – stwierdzili James i Syriusz jednocześnie, i zanim zdążyli na to zareagować, Peter westchnął:
– Dojrzewanie.

***

     Dłoń nadal jej się trzęsła z emocji. Trzeci raz odłożyła filiżankę herbaty, którą próbowała podnieść od kilku minut, czujnie zerkając, czy Mary, Lily, czy Dorcas nie zauważyły. Zauważyła Sofia, której policzki były dziwnie zaróżowione.
– Wszystko w porządku, Alice? – zapytała, zwracając tym samym na nią uwagę pozostałych dziewczyn.
– T-Tak. Dlaczego by nie? – Zaśmiała się nerwowo. To już obudziło czujność Lily, zainteresowało Dorcas, dało do myślenia Mary.
– Ostatnio schudłaś – podjęła wątek Dorcas. Alice zamrugała. W obliczu ostatnich godzin taki mały szczegół wydawał jej się beznadziejnie nieważny. Regulus miał rację – czym też ci ludzie zaprzątali sobie głowy?
– No tak, ale nie martw się tym. To nie jest warte większej uwagi.
Dorcas aż się zapowietrzyła, nie mając świadomości, że Alice nie miała na celu żadnego zlekceważenia jej troski.
– No wiesz!
Mary intensywnie przygryzała usta, nie wiedząc, po której stronie się opowiedzieć. To ona zachęciła Dorcas do poruszenia tematu, ale odpowiedź Alice była dla niej jasnym znakiem, że ta jest świadoma swojej utraty wagi, co według niej było wystarczającym pretekstem, by dać jej spokój. Jeśli wie co robi...
Lily zaczęła nerwowo przeżuwać sałatkę.
Sofia jęknęła w duchu. Może powinna pytać Alice o takie rzeczy na osobności? Przy stole na kolacji i tak pewnie by jej nic nie powiedziała. Zresztą, może w ogóle by jej nic nie powiedziała!
– Miałam na myśli, że zdaję sobie z tego sprawę, ale to nic poważnego, Dorcas. Dziękuję za troskę – sprostowała Alice, czując, że mogła urazić przyjaciółkę.
Dorcas jeszcze przez chwilę przeciągle na nią patrzyła, a później wróciła do jedzenia swojego naleśnika. Alice zrezygnowała z picia herbaty i rzuciła ukradkowe spojrzenia na stół Slytherinu. Znalazła go. Siedział zamyślony, nie zwracając na nikogo najmniejszej uwagi. Zaniepokoiła się, że nic nie je. Przymknęła oczy. Co ona w ogóle robi? Co myśli? Jeśli właśnie pada ofiarą jakiegoś okropnego żartu?
Z niechęcią dopuściła myśl, że jest skłonna zaryzykować. Zaryzykować, odrzucając wszystkie wątpliwości i obawy co do osoby Regulusa Blacka, po to, by go poznać.

27 marca 2016

Rozdział 40.



    O ile podczas śniadania Remus uważał, że tak jak James, Lily Evans nie czuła się najlepiej, o tyle już po wszystkich zajęciach był całkowicie przekonany, że coś się działo. Pytanie pozostawało jedno: co?
– Co się dzieje z Lily? – zapytał, kucając przy jednej z kanap w pokoju wspólnym, na której siedziała rozmawiająca ze swoją koleżanką Dorcas. Przerwała w pół słowa, a jej ręce zamarły w powietrzu, kończąc tym samym gorliwą gestykulację. 
– Czy wy nigdy nie nauczycie się, że nie przerywa się ludziom w rozmowie? Naprawdę, wasze potrzeby nie są wagi państwowej, byście nie mogli poczekać ani chwili – prychnęła. Remus rzucił jej spojrzenie numer trzy, które błagało o udzielenie jakiejkolwiek informacji. – Nic. Ci. Nie. Powiem – wycedziła przez zęby. Jej koleżanka ze zdziwieniem na nią spojrzała. Remus westchnął.
– Czy to jest twoje ostatnie słowo? – zapytał z nutą nadziei, ale Dorcas posłała mu tylko miażdżące spojrzenie. Dawno nie widział jej w takim stanie, co tylko pogłębiało jego obawy o Lily. – A może twoja urocza koleżanka wie cokolwiek na ten temat? – zapytał wręcz błagalnie, patrząc na osłupiałą blondynkę. 
– Sofia nic o tym nie wie. – Dorcas zazgrzytała zębami. Remus uśmiechnął się smutno.
– No nic. Poszukam innych źródeł. A przy okazji, my się jeszcze nie poznaliśmy. Remus Lupin – wyciągnął dłoń do koleżanki Meadowes. Uścisnęła ją.
– Sofia McDouge. – Uśmiechnęła się nieśmiało. Remus odwzajemnił gest i wstał. Zrobił zaledwie trzy kroki, gdy usłyszał krótkie "Lunio", a kiedy odwrócił się w tamtą stronę, zobaczył Syriusza, wskazującego na miejsce w swoim fotelu. Remus podniósł brew i podszedł do trójki przyjaciół.
– Chciałeś nas zostawić? – zapytał z udawanym podejrzeniem Black. – Siadaj tu, gdzie twoje miejsce – zaczął naśladować piskliwy głos jakiejś z dziewczyn. Remus już nie miał wątpliwości, że Syriusz nie żartował z tym fotelem.
– Nie usiądę z tobą w jednym fotelu. To ryzykowne – stwierdził, coraz bardziej rozbawiony tą  sytuacją. – Poza tym mogłoby to bardzo dziwnie wyglądać. 
Syriusz zaśmiał się krótko, co przypominało szczekanie psa.
– Ale nie ma tu więcej miejsc. – Wyszczerzył zęby. Remus wywrócił oczami, a w tym samym czasie James głośno się zaśmiał. 
– Co? – zapytał lekko zdezorientowany Syriusz. 
– Czekaj Lunio, siadaj. – James wstał, robiąc miejsce przyjacielowi na kanapie obok Petera. Syriusz przez chwilę uważnie go obserwował, a gdy dotarło do niego, co chciał zrobić, zaczął śmiać się głośniej niż sam James.
– Ty chyba... nie chcesz... – Czuł, że po policzkach spływają mu łzy rozbawienia. James ledwo trzymał się na nogach. Już dawno żaden z Huncwotów nie widział go w tak dobrym humorze. 
– Posuń się tłuściochu – rzucił James, pakując się do fotela, w którym siedział Syriusz. 
– To ty jesteś za gruby. Ja proponowałem miejsce Luńkowi, nie tobie. – Syriusza od śmiechu zaczynały boleć mięśnie brzucha. W tym momencie James siedział na jego kolanach.
– To ja powinienem ciebie trzymać na kolanach. Jestem bardziej męski – odparował James, zaczynając się szamotać, by przewrócić Syriusza na swoje kolana.
– Kto dotknie podłogi ten goblin – wyparował Syriusz, próbując utrzymać się na swojej pozycji.
– Przyjmuję wyzwanie! – zawołał bojowym tonem James. W pewnym momencie byli tak zaplątani, że Remus i Peter nie byli w stanie stwierdzić, która ręka i noga była czyja. James uświadomił sobie, że twarz Syriusza znalazła się nienaturalnie blisko jego. Zarechotał na myśl, jak to musiało wyglądać z perspektywy Petera i Remusa.
– Jesteś głupi. –  Syriusz wyszczerzył zęby.
– Chyba ty. 
Jamesa zaczynała  boleć napięta szyja, więc opuścił bezwładnie głowę, uderzając nią w Syriusza i wywołując jego głośne "ał".
– Ty chory kartoflu – dało się słyszeć jego przytłumiony głos.
– Sam jesteś kartofel.
– Ehm... Chłopaki... – Śmiejący się Peter szturchnął Jamesa w ramię. Ten podniósł głowę o kilka centymetrów i zobaczył niewielką liczbę zszokowanych spojrzeń. Widząc zarumienionego Petera, rozejrzał się jeszcze raz po twarzach zebranych, a później przeniósł wzrok na Syriusza i wybuchł nieopanowanym śmiechem. Próbując się wydostać z plątaniny kończyn, spadł na podłogę, ciągnąc go za sobą, przez co teraz to Syriusz wylądował na nim. 
– Co tu się dzieje? Dlaczego Black i Potter są pijani? – James usłyszał pełen gniewu i wyrzutu głos Lily Evans, która pewnie w tamtej chwili rzucała iskierkami złości z oczu w stronę Remusa. 
– Lily, oni się całowali! – zawołał jakiś młody głos, a Syriusz zawył jeszcze głośniej, nie do końca wiadomo czy ze śmiechu, czy z bólu, bo James akurat przypadkowo wbił mu łokieć w brzuch.
– Lily, to nie tak jak myślisz – stwierdził niepewnie Remus. – W sensie, wszystko pod kontrolą... – dodał. W złym momencie.
 – Jesteś pewien? – zapytała Lily Evans, podnosząc sceptycznie brwi, i patrząc na Blacka i Pottera, którzy teraz zaczęli się po prostu tłuc łokciami.
– Jak oni to robią to ja nie wiem... – Obok Remusa stanęła Sofia, która z fascynacją przyglądała się dwójce Huncwotów. – Naprawdę walka na łokcie jest jedną z trudniejszych. Mam siostrę – stwierdziła, w odpowiedzi na pytające spojrzenie Remusa. Ten się zaśmiał, a potem odwrócił do grupki zebranych z młodszych klas.
– Proszę opuścić pokój wspólny, sprawa wymaga interwencji prefektów. – Spojrzał na nich. Oczywiście nikt nie wyszedł, a on zorientował się, że właśnie stał obok Lily Evans, z którą tak bardzo chciał porozmawiać. Dał sobie więc spokój z Jamesem i Syriuszem, i pociągnął Lily aż za portret Grubej Damy.
– Chciałem z tobą porozmawiać – zaczął, uważnie się jej przyglądając.
– Wiem – stwierdziła.
– Nie wyglądasz dobrze – ciągnął. Czuł jej niechęć do tej rozmowy.
– Nic mi nie jest Remusie, dziękuję za troskę.
Lily Evans odeszła.

***


– Panno Evans, panno Meadowes tu są zaproszenia na spotkanie Klubu Ślimaka. Pojawią się takie osobistości, jak kapitan drużyny Harpi z Holyhead, czy syn ministra magii. Koniecznie przyprowadźcie osobę towarzyszącą. – Profesor Slughorn uśmiechnął się radośnie, dając nam zwinięte strony pergaminu. Podziękowałyśmy i wyszłyśmy z sali, dołączając do Mary i Alice.
– I co? Znowu Klub Ślimaka? – zapytała Mary, podnosząc jedną brew.
– Tak – westchnęłam. – Chyba nie pójdę.
– Daj spokój, on cię uwielbia. Nie możesz mu tego zrobić – zachichotała Alice. 
– Męczą mnie te spotkania. – Zmarszczyłam brwi.
– Oj, Lilyyyy. Będzie super! – zapaliła się Dorcas. Uwielbiała wszelkie okazje do pokazania się. – Nie możesz ciągle rozpaczać po zerwaniu z Mikiem – dodała.
Moje oczy napotkały na oczy Mary. Już kilka razy próbowałyśmy wytłumaczyć Dorcas, że czuję się wręcz świetnie. Dorcas jednak wiedziała lepiej.
– Okej, zastanowię się – wywróciłam oczami, kończąc temat, by dała spokój. Podeszłyśmy pod salę od eliksirów. Dziewczyny zaczęły o czymś rozmawiać, nie próbując mnie nawet wciągnąć w rozmowę. Tak już było od kilku dni, a ja nie mogłam nic na to poradzić. Ale przecież taka melancholia nie mogła trwać wiecznie, prawda?
– Lily? – Mary potrząsnęła moją ręką. – Obudź się. – Spojrzała na mnie zaniepokojona. 
– Jestem, jestem. – Zamrugałam szybko. – Coś mnie ominęło?
Na moje szczęście zadzwonił dzwonek i nie musiałam już nic mówić. Weszłam do sali i zajęłam miejsce, czekając z niecierpliwością na lekcję. Po minucie, która trwała jak wieczność, profesor McGonagall wróciła z zaplecza, przerywając tym samym beztroskie pogawędki uczniów, którym ja się tylko przysłuchiwałam z otępieniem. Zajęcia stały się dla mnie wybawieniem.

***


– No więc wszystko wiem. – Peter wrócił do dormitorium z dumą wymalowaną na twarzy.
– Tak? – ożywił się Lunatyk. James, który już lekko przysypiał  i Syriusz, polerujący jedyną figurkę motocyklu, którą posiadał, nie podzielali jego zainteresowania.
– Więc tak. Evans zerwała z Taylorem. Ot, cała afera. Dlatego oboje ostatnio raczej nie byli w sosie. Jak dzisiaj widziałem Taylora, myślałem, że zaraz zrobi ze mnie kaszankę... – mruknął Peter. Remus zmarszczył brwi. Spodziewał się jakiejś tragedii, a nie problemów sercowych. Z drugiej strony mu ulżyło.
Za to James podniósł poduszkę z twarzy. 
– Czy to znaczy, że Evans jest wolna? – zapytał z lekkim otępieniem.
– Może i jest, ale ty nie – wymamrotał Syriusz, teraz starannie czyszcząc zakamarki przy kierownicy motoru. Remus spojrzał na niego, zastanawiając się, czy jego kumpel nie został podmieniony.
– Dobrze się czujesz, Łapo? – zapytał, niby obojętnie. Syriusz podniósł na niego wzrok.
– Co ja znowu zrobiłem? – zapytał.
– Tak czy inaczej, nie wiem czy pamiętasz, ale ostatnio Evans wręcz cię nienawidziła, więc fakt, że jest wolna niczego nie zmienia – przerwał Peter, patrząc na Jamesa. Ten, nie ruszając nawet głową, spojrzał na niego kątem oka. 
– Po pierwsze to było na piątym roku. A po drugie to czy ktoś coś mówi? – zapytał, opuszczając poduszkę na twarz. Remus przygryzł wargę.
– Zanim cokolwiek zrobisz pięć razy pomyśl – stwierdził, uznając, że to jedyne i ostatnie słowa, które mogą cokolwiek zdziałać. Nie dostał odpowiedzi.
Po dłuższej chwili ciszy, podczas której każdy z nich był zajęty swoimi zajęciami, głos zabrał Syriusz.
– Ostatnio Ślizgoni znowu znęcali się nad jakimś maluchem – wymamrotał zamyślony. Remus nie mógł sobie odmówić spojrzenia na niego. Nie, na serio, czy to był Syriusz?
– Robią to ciągle. – Remus podtrzymał temat, z nadzieją na jakieś dłuższe refleksje przyjaciela. Black rzadko zabierał głos w takich sprawach. Rzadko też udawało się uchwycić chociaż część z jego myśli.
– Trzeba było załatwić wtedy Smarkerusa – Syriusz prychnął, a Remus rozczarowany uznał, że jego czas na wydobycie czegokolwiek bardziej osobistego z nieprzeniknionej i zagadkowej głowy Blacka już minął.
– Dobrze wiesz, że nie tylko on za tym stoi. I dobrze wiesz też, że by zginął.
– Powinien. – Syriusz zazgrzytał zębami. James głośno westchnął spod poduszki.
– Nie wiesz co mówisz, Łapo – pokręcił głową Peter.
– Może – Syriusz zamilkł.
– James, pamiętasz o treningu? Nie uśnij przypadkiem – rzucił Remus, przewracając stronę w książce. Potem już nikt się nie odzywał. W końcu Syriusz znudzony wpatrywaniem się w swój mini motor wstał i wyszedł, uznając, że do czasu treningu spróbuje zrobić coś ciekawszego. Pierwszym co przyszło mu na myśl, było znalezienie koleżanki Meadowes i w końcu rozpoczęcie z nią jakiejś sensownej rozmowy. Schodząc po schodach spotkał Lily Evans.
– Cześć, Evans.
Wywrócenie oczami i po chwili:
– Dzień dobry, Black.
Przechodząc przez pokój wspólny natrafił na Alice Thomas.
– Witaj Alice.
Spojrzenie. Westchnienie.
– Witaj Syriuszu, jak się dzisiaj miewasz?
– Świetnie, mam nadzieję, że ty również.
– Oczywiście.
Idąc dalej natrafił na Aarona z drużyny quidditcha Gryffindoru.
– Hej, mordo, dzisiaj trening.
– Wiem paskudo.
Wyszedł z wieży Gryffindoru i spotkał Mary MacDonald.
– Dzień dobry, pani MacDonald.
Uśmiech.
– Panie Black, jak miło pana widzieć. Twój widok zawsze poprawia człowiekowi humor.
Idąc korytarzami zatrzymała go jakaś trzecioklasistka z Ravenclawu.
– Moja koleżanka się pyta, czy się z nią umówisz. Ale się wstydzi – wyrecytowała z przerażającym uśmiechem. Syriusz przełknął ślinę.
– Chyba jestem trochę za stary, wiesz... – stwierdził i szybko ją wyminął.
– Ale... – nie słyszał już końca zdania.
Przy Wielkiej Sali w końcu natrafił na Meadowes. Bez koleżanki.
– Hej, Meadowes.
– Hej, Black.
Cisza. Syriusz uśmiechnął się huncwocko.
– Co knujesz? – Dorcas podniosła jedną brew.
– Tajemnica.
– Aha.
Zastanawiał się, czy zapytać o jej koleżankę, przecież to nic takiego. Ale stwierdził, że może to nie jest najlepszy pomysł.
– Co u ciebie? – Przełknął ślinę, nie wiedząc jak z nią rozmawiać. Dorcas ostatnio wybuchała na co drugie słowo, które powiedział.
– Dobrze.
– Ach, to świetnie. A mnie z kolei wzywa zbroja z czwartego piętra, więc chyba muszę znikać – uśmiechnął się przepraszająco. W odpowiedzi dostał tylko westchnienie.
Skręcił w stronę czwartego piętra. Szedł przed siebie dopóki nie natrafił na Regulusa. Zatrzymał się przed nim, trochę nie wiedząc co zrobić, a sytuacja wydawała się jeszcze bardziej niezręczna niż chwilę przedtem.
– Witaj, drogi Syriuszu – Regulus przywitał się jako pierwszy, w grzeczny, wyuczony sposób. Syriusz dobrze pamiętał te wszystkie schematy prowadzenia rozmowy.
– Ach, witaj i ty, Regulusie – stwierdził, niemal automatycznie. Po chwili dopiero uświadomił sobie, że sam kontynuował jedną ze scen, które odgrywali z Regulusem jako małe dzieci.
– Dawno się nie widzieliśmy drogi bracie – ciągnął Regulus, słowo w słowo ze schematami. 
– Istotnie, ale widzisz, odnoszę wrażenie, że nie jestem mile widziany w naszym domu i twoim towarzystwie. – Syriusz naturalnie się wyszczerzył, jak miał w zwyczaju przy rozmowie. Znowu po chwili otępienia zorientował się, co zrobił. Ku jemu zdziwieniu Regulus odwzajemnił gest.
– To samo mógłbym powiedzieć i o twoim towarzystwie. – Wywrócił oczami. Syriusz był delikatnie mówiąc oszołomiony. Mało tego, czuł dziwną pokusę rozmawiania z bratem jak najdłużej. Uświadomił sobie, że nie robił tego od dwóch lat.
– Widzisz, według drogich rodziców pewnie jestem na czarnym dnie – zaśmiał się, po chwili dodając – w końcu to było do przewidzenia, że zejdę na psy.
Dostrzegł dziwny błysk w oku Regulusa. On jako jeden z nielicznych znał jego fetysz na punkcie psów, który udzielał mu się już od dzieciństwa.
– Z nas dwóch i tak lepiej na tym wyjdziesz – Regulus poklepał go przyjacielsko po plecach, jakby to było u nich coś naturalnego, coś co robił codziennie, i odszedł. Syriusz oczarowany odwrócił się by spojrzeć na odchodzącego brata, zastanawiając się, czy ten mówił serio. Jego prawy kącik ust powędrował do góry i w tamtej chwili czuł się naprawdę szczęśliwy. Może udałoby mu się uratować relacje z Regulusem i uchronić go od tej bandy szumowin?
Ruszając przed siebie, z błąkającym się uśmiechem na ustach, nie miał pojęcia, że to była jego ostatnia rozmowa z bratem.
Poszedł do dormitorium, a później, razem z Jamesem, na trening quidditcha.



     Alice kilka razy dziabnęła leżący przed nią kawałek mięsa.
– Nie chcę.
Mary oderwała wzrok od pergaminu.
– Jedz.
– Chyba nie mam apetytu.
Dorcas teatralnie westchnęła. Sofia podsunęła pod nos Alice sałatkę.
– A to? – zapytała.
Alice spojrzała na miskę z grymasem.
– No patrz jak apetycznie to wygląda. Jest takie zieloooone i ma czerwone rzoodkiewki – ciągnęła Sofia. – Am, am. – Podniosła widelec do ust Alice. Alice otworzyła usta. – No, grzeczne dziecko. – Sofia pogłaskała ją po głowie. Gdy tylko Alice przełknęła wykrztusiła:
– Ble.
– Chyba nie mówisz poważnie – Mary spojrzała na nią, jakby właśnie podważyła jakąś bardzo-mądrą-teorię-bardzo-mądrego-człowieka. Alice spojrzała na nią spode łba.
– Już dziś nic nie wezmę do ust, o! – powiedziała. Dorcas wywróciła oczami, buzię miała pełną.
– W ogóle to nbie mba Blackba i Jamesba – wybełkotała.
– Ciężko trenują – mrugnęła Mary w stronę Sofii.
– Nbo ja właśbnie sobie nie wyobrażbam, jak oni wytrzbymują tyle czabsu bez jedzbenia – wymamrotała Dorcas.
– No widzisz, Lily jakoś też wytrzymuje – stwierdziła Sofia.
Nagle atmosfera przy stoliku zgęstniała.
– Lily chyba bardziej unika Taylora – zmarszczyła brwi Alice.
– Daj spokój, Taylor już się pogodził z porażką – westchnęła Dorcas, gdy przełknęła. – Co myślisz Mary? – rzuciła w stronę milczącej blondynki. Mary przeanalizowała ostatnie sytuacje. Dziwne zachowanie Lily, gdy ta była w Wielkiej Sali, ale szczególnie, gdy...
– Myślę... Lily nie unika Taylora – stwierdziła. Dotarło do niej. Lily unikała kogoś, może nawet i nieświadomie. Ale to z pewnością nie był Mike Taylor.

Alice odchrząknęła i wstała od stołu.
– To ja wracam.
Odwróciła się zostawiając za sobą również wstającą od stołu Sofię, Mary, która zamarła z widelcem w ręku i nadal analizowała coś w swojej głowie oraz znowu bulgoczącą coś z pełną buzią jedzenia Dorcas.
Gdy szła do drzwi Wielkiej Sali jej oczy trafiły na oczy Regulsa Blacka. I nagle trafiło ją niejasne i dziwne, przyprawiające o dreszcze uczucie, że patrzył na nią przez cały ten czas. 



***


     James szedł dosyć szybko. Pierwszy trening drużyny qudditcha nie przebiegł po jego myśli, a nowi zawodnicy, których wybrał na miejsce Marleny, Anny i Freda nie okazali się tacy dobrzy, jak się spodziewał. A przecież i tak wybrał najlepszych. Był wykończony i zdenerwowany, a w dormitorium czekały na niego idealnie czyste pergaminy do napisania wypracowania dla McGonagall. Zastanowił się, czy może nie udałoby mu się dogadać z Remusem w tym temacie. Wbiegł po ostatnich schodach i mruknął hasło patrzącej na niego zalotnie Grubej Damie. Wszedł do pokoju wspólnego i poczuł okropne gorąco. Spojrzał w stronę kominka.
– Po co tu jeszcze komu ogień? Nie wystarczy im dwadzieścia stopni na dworze? – Potargał z roztargnieniem włosy, a dziewczyna, której nie zauważył zaśmiała się.
– Dla sprostowania, jest siedemnaście stopni, a ty wyglądasz jakbyś biegł z Londynu. Nic dziwnego, że ci gorąco – wyparowała. James stał już na schodach, ale odwrócił głowę i spojrzał na nią z ukosa. Musiała niedawno przyjść, bo jeszcze się nie rozsiadła, za to stała przy regale i pewnie wybierała lekturę na wieczór. Poznał ją – to młodsza koleżanka Meadowes, na którą od czasu do czasu lubił popatrzeć Syriusz, choć mu się do tego nigdy nie przyznał. Widząc jej uśmiech od razu zmienił mu się humor.
– A może biegłem z Londynu? – Zszedł z tych kilku schodów, mając nadzieję na dłuższą pogawędkę. – Bo mniej prawdopodobne jest to, że użerałem się z trójką młodych nowicjuszy, próbujących grać w quidditcha, którzy wyraźnie za cel postawili sobie zdarcie mi gardła – dodał, robiąc bardzo przekonującą minę. Sofia zachichotała.
– Jesteście bardzo dobrymi aktorami, wiesz. Wy, huncwoci – stwierdziła, a potem złapała za wybraną książkę z półki, przy której stała i usiadła na kanapie. James uznał, że musi poznać jej imię, choćby dla Syriusza.
– James. – Podszedł do niej i wyciągnął dłoń. Podniosła wzrok i krótką chwilę wpatrywała się w jego zniewalający uśmiech.
– Sofia. – Uścisnęła dłoń. Przez moment się zawahała, James był pewien, że chciała coś powiedzieć, ale po chwili opuściła wzrok, zaczynając lekturę. Zaraz przypomniało mu się o wypracowaniu, więc szybko się pożegnał, odwrócił i wbiegł na stopień, gdy stanął twarzą w twarz z Lily Evans.


***


     Westchnęłam, gdy zobaczyłam rozczochrane włosy i ubłoconą szatę od quidditcha. James Potter, trzymający najnowszy model miotły, z iskierkami zainteresowania w oczach na pewno nie należał do zwykłych widoków. Przełknęłam ślinę i minęłam go, starając się go nie dotknąć.
– Cześć – odchrząknął.
– Cześć. – Zacisnęłam odruchowo zęby. Serce biło mi szybciej, pewnie przez to, że pojawił się na mojej drodze tak szybko i nieoczekiwanie.
– Evans – usłyszałam. Odwróciłam błyskawicznie głowę, zaskakując tym nie tylko siebie. – Rozchmurz się, wtedy wyglądasz jeszcze ładniej – uśmiechnął się, a ja zamrugałam kilkakrotnie. Zanim zdążyłam wymyślić cokolwiek sensownego w odpowiedzi, już zniknął.
– Nie chcę się wtrącać, ale fajny z niego gość – Sofia nawet nie spojrzała na mnie znad książki, a ja z trudem pomyślałam, że chyba niestety miała rację.


***

Radosnych Świąt!









25 grudnia 2015

Rozdział 39.

  Radosnych świąt!


     Wrzesień mijał bardzo szybko. Pogoda i mała ilość obowiązków robiły swoje – niektórych uczniów trzeba było siłą sprowadzać z błoni do zamku. Alice Thomas z pewnością można było do nich zaliczyć.
– Za dziesięć minut kolacja – mruknęłam. Alice otworzyła jedno oko, nie ruszając się ani trochę. Siedziała odwrócona w stronę słońca, by napawać się nim, pewnie jeden z ostatnich razy w tym roku.
– Dobrze – odpowiedziała po chwili. Westchnęłam i oderwałam wzrok od książki. Skierowałam na chwilę głowę w stronę słońca i przymknęłam oczy delektując się jego promieniami. Zaraz je otworzyłam i spojrzałam na rozciągające się przed nami jezioro. Zapierało dech w piersiach. Minęło kilka minut, zanim się ocknęłam, i uświadomiłam, że kolacja już trwa. 
– Alice – zaczęłam. 
– Idź, idź – machnęła ręką w stronę zamku – nie jestem głodna.
Westchnęłam i wstałam. Spojrzałam na Alice, później na zamek.
– Jesteś...
– Tak, jestem pewna – stwierdziła rozbawiona. Ociągając się ruszyłam w stronę zamku. Gdybym nie była tak przeraźliwie głodna pewnie i też zostałabym na błoniach. A w Wielkiej Sali, tak jak przez ostatnie dwa tygodnie, pewnie czekał już na mnie Mike Taylor.



***


– Kotku wyglądasz na smutnego...
– Nic mi nie jest.
– Ale...
– Serio.
– Przecież widzę, że coś się dzieje.
Lora Deaf nie dawała za wygraną. James markotniał na jej oczach od początku roku, a ona nie miała pojęcia, co może być tego przyczyną. Przecież to nie jej wina, prawda?
– James...
– Wszystko okej – powiedział James, zaciskając usta. Po chwili wstał od stołu, idąc w kierunku wyjścia. Peter zmartwiony odprowadził go wzrokiem.
Lora wstrzymała płacz. Tak się starała. Na początku roku udało jej się nawet zyskać całkowitą uwagę Jamesa. Jeszcze tydzień temu stwierdziłaby, że szaleje na jej punkcie.
Wbiła wzrok w talerz, by nie widzieć niektórych ciekawskich spojrzeń. Denerwowało ją to, że co najmniej kilka dziewczyn tylko czekało na jej małe potknięcie w relacjach z nim. Chciały zająć jej miejsce. Prawie zaszlochała. Wstrzymała się w ostatnim momencie. Zamrugała kilkakrotnie i wiedząc, że nic tego dnia już nie przełknie, wyszła z Wielkiej Sali.



***



– Kotku, coś się dzieje? 
– Oczywiście, że nie – odpowiedziałam, wściekle dziobiąc widelcem kawałek mięsa, który miałam na talerzu. Mike przestał przeżuwać kawałek pieczeni. 
– Wyglądasz na wściekłą.
– Nic mi nie jest, serio.
– Przecież widzę, że coś się dzieje.
Spojrzałam na Mika, ale przypadkowo kątem oka dostrzegłam znajomą wychodzącą z sali sylwetkę – Potter.  
Przypadkowo. 
– Nic mi nie jest – powtórzyłam, zaciskając zęby. 
– Ach, tak? – Mike trochę rozbawiony powrócił do jedzenia.
– Tak – ucięłam i jeszcze raz spróbowałam coś przełknąć. Po dwóch kęsach wiedziałam, że to nie miało sensu. – Idę stąd – stwierdziłam, wstając. Mike spojrzał na mnie zdziwiony, ale nie dałam mu szansy tego skomentować. Odeszłam.
Gdy opuściłam Wielką Salę wpadłam centralnie na burzę blond włosów. Odsunęłam się i wtedy dopiero do mnie dotarło, że to Lora Deaf. Stanęłam na chwilę wmurowana, patrząc w jej twarz z idealnym delikatnym makijażem. Ona też była zdziwiona. 
Po krótkiej chwili opamiętałam się, zamrugałam kilkakrotnie i rzucając ciche "przepraszam" wbiegłam na schody. Nie wiedziałam na ile działała moja wyobraźnia, na ile zmysły, ale przez moment byłam pewna, że usłyszałam szloch, który po chwili szybko został stłumiony.



***



       James miał po prostu dosyć. Był pewien, że lada moment i jego mózg magicznym sposobem wybuchnie, a on przynajmniej zyska święty spokój. Każdy coś od niego chciał – dosłownie. Nawet  Lily Evans.
– Słyszałeś co powiedziałam? – powtórzyła po raz drugi, wbijając w niego swoje poirytowane, zielone spojrzenie. – Jeśli zaraz nie pójdziesz do McGonagall, rozszarpie cię na strzępy. – Uśmiechnęła się słodko, chodź widział na jej twarzy wyraźne zmęczenie. James przez chwilę chciał się zaśmiać, ale pomyślał, że to by było nazbyt wiele. Jeszcze gdyby to była jakaś miła adoratorka. Ale to była Lily. Ta sama, zapierająca dech w piersiach, Lily. 
Był tak zmęczony, że zaczął rozważać, czy starczy mu siły na podroczenie się z nią.
– Chyba byś się ucieszyła z takiego obrotu spraw. – Wyszczerzył zęby w łobuzerskim uśmiechu, ale zaraz spoważniał. – Lily, daj sobie spokój, wyślę Syriusza, żeby wyjaśnił sprawę. – Machnął niedbale ręką w kierunku portretu Grubej Damy. Co prawda, nie wiedział gdzie jest Syriusz, a delegacja była potrzebna od zaraz. Ale jakby mu się udało dotrzeć do dormitorium, mógłby powiadomić go przez lusterko. 
Zdziwiona Lily Evans tak szybko chyba nie była skłonna pozwolić mu chociażby wejść na schody prowadzące do pokojów. 
Na początku widział zaskoczenie w jej oczach jego miłym i całkowicie bezinteresownym tonem. Mógłby go opisać nawet mianem troskliwego, aczkolwiek nie chciał tego przyznać nawet sam przed sobą. Naprawdę starał się zaangażować w związek z Lorą.
Lily zmarszczyła brwi i zaczęła drążyć temat.
– McGonagall kazała mi...
Nie wytrzymywał już tego i odruchowo położył jej ręce na ramiona, by mieć lepszy kontakt. Robił tak co drugiej dziewczynie, naprawdę.
Przez sekundę zawahał się, czy to był na pewno dobry pomysł, tym bardziej, że zobaczył w jej oczach coś niezidentyfikowanego. Szczerze mówiąc, nie miał pojęcia, o czym w tej chwili myślała.
– Obiecuję, że coś z tym zrobię i to zaraz, ale błagam cię, daj sobie i mnie spokój, idź się połóż lub poczytaj, hm? – powiedział przyjemnym tonem. Zanim zdążyła odpowiedzieć, wyminął ją i ruszył w kierunku dormitorium. Gdy tylko wszedł do pokoju, rzucił się w stronę łóżka i zaczął zbierać z niego wszystkie poniewierające się tam spodnie. Później starannie przeszukiwał ich kieszenie. Nie miał pojęcia, gdzie ostatnio schował lusterko. Tymczasem do pokoju wszedł Remus. James Potter spojrzał się na niego tak, jak zwykle patrzył, gdy miał jakąś prośbę. Remus wywrócił oczami.
– O co tym razem chodzi?


 
*** 


     Alice Thomas była w o wiele lepszej formie niż przed wakacjami. Jej problemy natury miłosnej powoli blakły, a ona sama znalazła plusy swojej, wcale nie tak tragicznej, sytuacji. Skupi się na nauce, będzie miała więcej czasu dla siebie i dla przyjaciół, twierdziła. Po długich namysłach doszła do wniosku, że właściwie dobrze się stało – to nie był czas na poważne związki. Nie opuszczało jej jednak niemiłe przeczucie, że ktoś ją po prostu śledzi. Nawet w tej chwili, gdy siedziała na błoniach. Szybko otworzyła oczy i rozejrzała się dookoła. Słońce powoli zachodziło, a w pobliżu była tylko grupka jakichś młodszych chłopców, rzucających kamieniami do jeziora. Odetchnęła nerwowo, ale nie umiała już tak spokojnie siedzieć i się relaksować. Westchnęła i postanowiła wrócić do Wieży Gryffindoru w nadziei, że Mary nie skrzyczy jej za siedzenie w takim letnim ubraniu o takiej temperaturze. Jeszcze sobie nerki przeziębisz, mówiła Mary. 
Alice szła po różnych krętych schodach i pustych korytarzach, zastanawiając się, gdzie wszystkich poniosło. Przecież kolacja już się kończyła, powinni wracać. Całe zdziwienie ulotniło się, a zastąpił je strach i złość, gdy usłyszała złośliwe śmiechy i cichy szloch. Przyspieszyła kroku, idąc za odgłosami, aż w końcu stanęła na początku korytarza, gdzie znajdywało się czterech chłopaków. Podeszła bliżej i z niepokojem stwierdziła, że ma marne szanse w starciu z trzema rosłymi Ślizgonami, którzy pastwili się nad skulonym chłopcem i zupełnie nie zauważyli jej obecności. Przez chwilę się zawahała, czy nie pójść po kogoś, ale po chwili zwątpiła. Chłopcu w tym czasie mogła się stać krzywda, a ona, nawet jak bardzo skrupulatne rozwiązanie by to nie było, poczułaby się jak tchórz. A na to jej gryfońska duma nie pozwalała.
– Co tu się dzieje? – zapytała, zanim się zorientowała. Krew zaczęła w niej buzować, a ona miała wrażenie, jakby powiedział to ktoś inny. Jeden ze Ślizgonów, którego nazwiska nie znała, odwrócił się z wściekłością wymalowaną na twarzy, ale gdy ją zobaczył, obrzydliwie się uśmiechnął. 
– A kogo my tu mamy? – Na jego słowa dwóch pozostałych z ciekawością odwróciło się w jej stronę. Ich reakcja była podobna. – Kolejna głupia Gryfonka, która myśli, że odwagą zbawi świat. Czy wy naprawdę jesteście tak beznadziejni, że durnie pakujecie się we wszystkie sytuacje, jakie wam się napatoczą, czy może macie tak przesadnego pecha? Ciekawe, że akurat ze wszystkich domów, to w Gryffindorze jest największy odsetek tragicznie zmarłych. – Zaśmiał się.
Alice przełknęła ślinę i rzuciła nerwowe spojrzenie w stronę chłopca. Był wyraźnie przerażony i nie ruszył się z miejsca ani o krok. Alice obawiała się, że jest ranny.
– Ciekawe, że akurat ze wszystkich domów, to w Slytherinie jest największy odsetek morderców i podłych szuj – wyparowała Alice, czując, że stąpa po cienkim lodzie. Nerwowo zdążyła ocenić sytuację. W grupie trzech Ślizgonów nie było ani Averego, ani Mulcibera, których znała z pogłosek o napadach na uczniów. Ba, trzy lata temu znęcali się również nad Mary, więc czuła się tak, jakby w pewnym sensie i ją dotknęło ich okrucieństwo. Natomiast Ślizgoni, z którymi miała do czynienia w tamtej chwili musieli być o przynajmniej rok, jak nie dwa, młodsi. To dało jej lekkie poczucie bezpieczeństwa i władzy. Przecież znała więcej zaklęć, prawda? Ale ich było trzech.
– Zostawcie go – dodała, zanim ci coś odpowiedzieli. Jeden z nich znowu się zaśmiał. Alice prychnęła.
– Masz taki głupi wyraz twarzy, czy humor cię nie opuszcza, że ciągle rechoczesz? – zapytała. Chłopak zrobił się czerwony. Alice nie wiedziała czy to od tego, że go obraziła, czy dlatego, że był na nią wściekły.
– Ty plugawa...
– Co tu się dzieje? – Tym razem wszyscy zamilkli. Cichy i lekko zdziwiony głos dochodził zza pleców Alice. Powoli się odwróciła, myśląc, że to jakiś trefny sen. Ku jej zszokowaniu za nią stał czwarty Ślizgon. Faktycznie Gryfoni chyba jednak nie mają szczęścia, pomyślała. Serce zabiło jej szybciej, gdy zobaczyła kto przed nią stoi. Szybko przełknęła ślinę. Chłopak przejechał wzrokiem po wszystkich na korytarzu i pewnie już do niego dotarło, co się działo. 
– Wynoście się. – Spojrzał twardo na jednego z młodszych Ślizgonów. Żaden nie protestował – znikli w błyskawicznym tempie. 
Alice nie wiedziała, czy jej ciało drży również na zewnątrz, ale w środku cała się przeraźliwie trzęsła. Nie miała pojęcia czy Regulus Black jest bezpieczny i jaki miał cel w wypędzeniu trójki chłopaków, ale miała niemiłe przeczucie, że wpadła z deszczu pod rynnę. On na pewno był od nich starszy i zdolniejszy. Alice wzięła głęboki wdech i szybko odwróciła się w stronę jęczącego, skulonego na podłodze, chłopca, próbując zignorować wwiercające się w nią spojrzenie. 
– Gdzie cię boli? – zapytała z troską, patrząc na, teraz już widziała, Krukona. 
– No-noga – pisnął, nie odrywając dłoni od twarzy. Alice kątem oka zobaczyła, że Regulus Black nadal stoi w tym samym miejscu, co przed chwilą. W przypływie złości wstała, i spojrzała w jego stronę.
– O co ci chodzi? Wracaj do tej całej bandy z twojego cholernego domu! – wysyczała. Przez chwilę pomyślała, że popełniła błąd. Chłopak stał i wpatrywał się w nią zimnym spojrzeniem, jednak nic nie powiedział, tylko odwrócił się i odszedł. Gdy przykucnęła przy małym Krukonie, słyszała jeszcze odgłos jego oddalających się kroków. Gdy uświadomiła sobie, że będzie musiała odnieść chłopca do Skrzydła Szpitalnego, bo ten sam nie będzie w stanie przejść ani kroku, pomyślała, że może naskakiwanie na, to trzeba było przyznać, niewinnego Regulusa Blacka, chyba nie było dobrym pomysłem. 
Zaraz jednak przypomniało jej się, że Regulus Black jest Ślizgonem, a o nich nie można było powiedzieć, że są niewinni. 



***


     Syriusz zdążył tego dnia nie podpaść żadnemu nauczycielowi, popatrzeć na tajemniczą koleżankę Meadowes, przy okazji pokłócić się z samą Meadowes trzy razy, wpaść na, majaczącą coś o Jamesie i Evans, Lorę oraz wymyślić z Peterem trzydzieści pięć różnego rodzaju żartów na trzydzieści pięć dni. Wracał dumny do Wieży Gryfonów, nie mogąc wyjść z podziwu ile pożytecznego zrobił jednego dnia, gdy wpadł na zdyszaną Alice. Ta wyraźnie ucieszyła się na jego widok i pociągnęła go za rękę jakimiś dziwnymi korytarzami. Sam na początku trochę się zdziwił, że Thomas tak bardzo pragnie znaleźć się z nim w ciemnym bezludnym miejscu, i sam za bardzo nie wiedział, jak to odebrać. Po chwili sprawa była jasna, gdy za kolejnym zakrętem zobaczył siedzącego na podłodze chłopca. Spojrzał na Alice, która tylko wydyszała:
– Ma złamaną nogę. Ślizgoni. 
Syriusz już wiedział, co się zdarzyło i bez zbędnych pytań wziął chłopca na ręce. Uznając za dobry znak to, że ten nie wyje, zaczął iść w kierunku Skrzydła Szpitalnego. Alice do niech podbiegła, próbując dotrzymać im kroku.
– Zostawili go tak? – Syriusz zapytał po chwili milczenia. Miał niejasne przeczucie, że niezatrzymani Ślizgoni zadaliby chłopcu większą krzywdę.
– A skąd – prychnęła Alice, której oddech już się wyrównał. – Znalazłam ich jak się nad nim znęcali. Później ucięliśmy sobie krótką pogawędkę, a potem... – przerwała. Zastanowiła się, jak Black zareaguje na wzmiankę o jego bracie.
– A potem? – Black spojrzał na nią podejrzliwie kątem oka. Jego oczy były tak samo zimne i przenikliwe jak te, które jeszcze kilka minut temu się w nią wwiercały. Mogła sobie tylko wyobrazić jaki był wściekły. Nienawidził Ślizgonów.
– No. A potem ktoś przyszedł i kazał im się wynosić – wydukała Alice, pod wpływem tego spojrzenia. Syriusz zmarszczył brwi.
– Kto to był? Ślizgon?
– Nie. Tak. – Alice przełknęła ślinę. Syriusz podniósł brwi, patrząc na nią wymownie. Westchnęła.
– Ślizgon. Nie pamiętam kto – skłamała. W odpowiedzi usłyszała tylko zamyślone "ymhym".
Doszli do Skrzydła Szpitalnego i zostawili chłopca pod opieką pani Pomfrey. Alice opowiedziała jej również co zaszło. Gdy wyszli, Syriusz złapał Alice za ramię.
– Co się stało z tym kimś, kto kazał im się wynosić? – zapytał bystrze. Alice spojrzała mu prosto w oczy.
– Później to ja kazałam się jemu wynosić – odpowiedziała sucho i wyszarpnęła się z jego uścisku. – Dziękuję za pomoc – dodała, siląc się na uśmiech, i odeszła. Syriusz spokojnie odprowadził ją wzrokiem, a później ruszył w przeciwną stronę. Znał szybsze sposoby na dostanie się do Wieży Gryffindoru. 




***



– Potter, mam nadzieję, że pamiętasz o naborze do drużyny i pierwszym treningu quidditcha w tym tygodniu. – Profesor McGonagall spojrzała badawczo na swojego wychowanka, wyrywając go z porannego zamyślenia, które ostatnio było codziennością podczas jego śniadania.
– Yyy... Tak! Oczywiście, pani profesor – zapewnił James, przeklinając siebie w myślach. Zapomniał wywiesić ogłoszenia o naborze w pokoju wspólnym.
– A czy wszyscy, wyłączając ciebie, też o tym pamiętają? – drążyła sprawę profesor McGonagall. Syriusz prawie parsknął śmiechem. Może nikt by się nie spodziewał, ale on wiedział, że profesorka jest największą fanką quidditcha w całym zamku. 
– Yyy... Prawie? – James posłał jej wpół przepraszający, wpół nerwowy uśmiech. Wiedział, że im później się za to zabierze, tym gorzej dla drużyny. A wrzesień już się kończył! 
Profesor McGonagall zacisnęła usta w wąską linijkę.
– W takim razie rozumiem, że dzisiaj kategorycznie się tym pan zajmie, panie Potter – stwierdziła sucho i po gorącym "tak, oczywiście, pani profesor" Jamesa, odeszła. Wtedy dopiero Syriusz wybuchł śmiechem, a Remus posłał mu karcące spojrzenie. 
– Niech ona mi tylko nie mówi, że quiddich jej nie interesuje – pokręcił głową Peter. 
– McGonagall to też człowiek, może. – Remus wywrócił oczami. James przetarł oczy i wbił wzrok w owsiankę.
– Wyglądasz, jakby co najmniej stado hipogryfów po tobie przebiegło – mruknął Syriusz, patrząc na niego uważnie. – Widziałeś się już z Deaf? 
James zaśmiał się cicho.
– Oczywiście to nie miało na celu jej urażenia, po prostu tylko skojarzyłeś ze sobą te dwa fakty. – Zaczął grzebać łyżką w misce. 
– Łapa ma rację, nie jesteś swój – zaczął Remus. – To zupełnie tak jak... – przerwał, stwierdzając, że wspominanie jeszcze o Lily Evans w tej rozmowie nie przyniesie niczego dobrego. Jednak sama wzmianka wystarczyła, by obudzić ciekawość Syriusza.
– Jak kto? – zapytał, przeszywając wzrokiem Remusa. Ten zaczął wytrzeszczać do niego oczy i kopać go pod stołem w nogę na znak, że teraz nie mogą o tym mówić. James westchnął.
– Lunatyku, przestań mnie kopać – stwierdził zmęczony. Remus trochę zawstydzony przestał kopać kostkę Syriuszo-Jamesa. – I serio, Lily Evans nie jest tematem tabu. Nie bój się tego imienia, bo niedługo zrobimy z niej drugiego Voldemorta – dodał. Jakaś dziewczynka obok niego pisnęła, pech chciał, że akurat piła sok. Zaczęła się krztusić, a James zdezorientowany zaczął klepać ją po plecach. 
– Widzisz jak działasz na kobiety Rogaczu? – zaśmiał się Syriusz, a James wywrócił oczami. 
– To chyba jednak nie ja, tylko Volde... – zaczął, ale Remus kopnął go w, tym razem celowo jego, kostkę. 
– Błagam cię, nie kończ, bo załatwisz tak pół populacji małych dziewczynek – wyszeptał pochylając się do niego przez stół. – Co nie zmienia faktu, że potrzebujesz snu – dodał głośniej beztroskim tonem. 
– I kilku żartów na odprężenie – dodał Syriusz, patrząc porozumiewawczo na Petera. 



***


     Nie ulegało już mojej wątpliwości, że Mike Taylor był najbardziej irytującym człowiekiem na świecie. Doprowadził mnie do absurdalnych myśli, w których zastanawiałam się, czy może nawet Lora Deaf nie miała przypadkiem lepiej. Mary bardzo się śmiała. "Jestem łaskawa, bo nie mówię a nie mówiłam", mówiła. Prychałam i wywracałam oczami i prychałam i wzdychałam. W końcu uznałam, że tylko jedna decyzja wydaje się racjonalna w moim przypadku, i którą powinnam podjąć już dawno temu. Ba, ja ją podjęłam! Ale z powodu niektórych okoliczności cofnęłam się do punktu wyjścia. Bo całowanie się z Potterem to odpowiednie okoliczności, by cofać czas, wytykałam sobie. Pod koniec września doszłam do obłędu – ile razy widziałam twarz Pottera, tyle razy zastanawiałam się, jak bardzo ciekawe jest to, że on nie pamięta. O ile, jeszcze na szóstym roku, myślałam, że pewnie wolałby pamiętać, o tyle na początku siódmego wcale nie byłam tego taka pewna. Później łapałam się na myślach, o czym ja myślę. 
– Lily, Mike idzie – Mary szepnęła do mojego ucha. Odwróciłam odruchowo głowę – szedł.
– Wiesz co... Muszę coś załatwić – wymamrotałam, mając dziwne deja vu. Wydawało mi się, jakbym była w jakimś długo wyczekiwanym śnie. Kiwnęłam głową na drzwi Wielkiej Sali i poszłam w tamtym kierunku, mijając Mika, który od razu za mną zawrócił. Jak w transie wyszłam na korytarz, później przeszłam w drugi i trzeci i czwarty, jak najdalej od wszystkich. W końcu, gdy byłam już pewna, że w tym miejscu nikt nie będzie słyszał ewentualnych jęków Mika, przystanęłam. 
– Jesteś dziś bardzo tajemnicza – uśmiechnął się, a mnie prawie wywróciły się wnętrzności. Jak mogłam wytrzymać z nim tyle czasu? 
Chciał złapać mnie w talii, odsunęłam się. 
– Mike – przygryzłam wargę, patrząc na niego ze łzami w oczach. Naprawdę nie chciałam płakać. Nie umiałam nawet stwierdzić, czy to łzy radości, czy z przywiązania, czy to może z tego, że za chwilę go zranię. – To nie ma sensu – westchnęłam cicho, czując nagłą ulgę. – My nie mamy sensu. 
Mike zmarszczył brwi.
– Co ty dzisiaj taka filozoficzna jesteś... – zaczął, znów próbując mnie objąć. Wyrwałam się.
– Na miłość Merlina, Mike! Zrywam z tobą – syknęłam, a łzy same potoczyły się po policzkach. Zagryzłam mocno wargę i, nie czekając na jego jakąkolwiek reakcję, odwróciłam się i uciekłam.

24 października 2015

Rozdział 38.

     – Ależ się rozgadałem! Biegiem do łóżek! – Profesor Dumbledore zachichotał, a cała sala zaczęła bić brawa po jego, dotąd chyba najdłuższej, przemowie w życiu.
– Pobił swój rekord o sześć minut i czterdzieści dwie sekundy. – Black zerknął na zegarek. Remus, do którego były skierowane słowa, zaśmiał się. Spojrzałam na Blacka z niedowierzaniem.
– Mierzysz czas jego wystąpień? – prychnęłam.
– Wiesz, Evans, gdyby cię nie obchodziło to co mówi tak samo jak mnie, też byś kiedyś zaczęła.  Wywrócił oczami. Potter delikatnie się uśmiechnął.
– A wziąłeś pod uwagę jego wystąpienie na zakończenie drugiego roku?
– Wtedy jeszcze nie miałem czym mierzyć – Black parsknął.
– I to są ci siódmoklasiści? – zapytała Dorcas, która przebiła się do mnie i Mary przez tłum wychodzących z sali. – Starsze dziewczyny zawsze mówiły, że jest na co czekać, a tu takie dzieciaki – dodała zrozpaczonym tonem.
– Ej, ej, ej.... Ej. – Głos Blacka był pełen oburzenia. Dogonił nas i wcisnął się między mnie a Dorcas. – Co ty powiedziałaś?!
W między czasie ja wołałam pierwszorocznych, by szli za mną. 
– To co słyszałeś – stwierdziła Dorcas niewinnym głosem, rozpoczynając sprzeczkę.
Spojrzałam na Mary, trzymając rękę w górze, by dzieci wiedziały do kogo podejść. Obydwie wiedziałyśmy, że zagrywki Dorcas miały na celu poderwanie Blacka.
– Gdzie jest Alice? – usłyszałam ciepły głos przy swoim uchu. Zmusiłam się, by nie odwrócić głowy. Wiedziałam, że dopiero wtedy odczuję jak blisko za mną stoi James Potter, i co gorsza, na tę myśl nie czułam złości czy obrzydzenia.
Wzruszyłam więc ramionami i odruchowo rozejrzałam się wokół, zapominając o moim wewnętrznym postanowieniu nieruszania głową. Gdy chciałam spojrzeć w prawą stronę przypadkowo na niego natrafiłam.
– Była przy nas, więc jest gdzieś w pobliżu – stwierdziłam, zatrzymując się wzrokiem na jego twarzy przez pełną sekundę. Odwróciłam wzrok, by nie utonąć w tym widoku.
– To przekaż jej, jak ją spotkasz, żeby do nas wpadła. W sensie do mojego dormitorium. – Czułam, że uśmiechnął się zniewalająco i mnie wyminął, łapiąc delikatnie w talii, by mnie odsunąć. Tłumaczyłam sobie, że zrobił to odruchowo. Jakakolwiek inna myśl zasiałaby kompletny zamęt w mojej głowie.
Spojrzałam w stronę pierwszaków i zobaczyłam stojącego tuż przy mnie, bardzo niskiego, uroczego chłopca, który wpatrywał się we mnie z fascynacją. Odwzajemnił mój uśmiech, a ja spojrzałam na resztę nowych Gryfonów.
– Pierwszoroczni, jestem prefektem naczelnym Gryffindoru i teraz zaprowadzę was do Wieży Gryfonów. 
– Patrzcie uważnie na drogę, bo i z tym zgubicie się tutaj średnio dwadzieścia razy w ciągu pierwszych trzech dni. – Znikąd pojawił się przy mnie Remus, ciepło się uśmiechając. Miło mnie zaskoczył, bo myślałam, że zniknie z Huncwotami, zostawiając mnie samą. – Serio, sporządziłem statystyki na podstawie wywiadów z dwudziestoma losowo wybranymi uczniami. A przy okazji, jestem Remus Lupin, drugi prefekt naczelny Gryfonów. 
– A ja jestem Lily Evans – dodałam, uświadamiając sobie, że się nie przedstawiłam. – Chodźcie. 
Przez całą drogę do Wieży Gryfonów słyszałam odgłosy zachwytu dochodzące zza moich pleców. Ten obraz się rusza! – zawołał jeden z pierwszaków, a ja mimowolnie pomyślałam, że nie będzie mu łatwo w tych czasach, jeśli pochodził z mugolskiej rodziny. 
– Lily jesteś jakaś nieswoja – stwierdził cicho Remus, który na chwilę przerwał rozmowy z bystrym pierwszorocznym i do mnie doszedł. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
– Ja? Przecież jestem taka jak zawsze. – Zaśmiałam się nerwowo, nie wiedząc  o co mu chodzi.
– To oby tak zostało. – W jego głosie była interesująca nuta tajemniczości. Przeszliśmy pod portretem do pokoju wspólnego, a ja, nie oglądając się za sobą, od razu weszłam po schodach.
Remus zajął się resztą.


Oparty o ścianę patrzył na Syriusza, który stał dokładnie w takiej samej pozie, tyle że po drugiej stronie pokoju wspólnego. Zmarszczył brwi, robiąc zabawną minę. Syriusz nie pozostał dłużny i wytrzeszczył oczy, podnosząc przy tym prawy kącik ust. James wytknął język, Syriusz wysunął dolną szczękę. Potter aż się skrzywił na ten widok. Nienawidził, gdy jego przyjaciel tak robił. Syriusz, widząc jego minę, nie mógł opanować wybuchu śmiechu. James pokręcił z westchnieniem głową. Ile razy miał mu mówić, że jeszcze trochę i będzie miał przez to krzywe zęby?
Do pokoju weszła Lily, a za nią Remus, który już mówił pierwszorocznym, gdzie się znajdują i dokąd zaraz pójdą. James przez chwilę zatrzymał na niej wzrok. Wyglądała jeszcze piękniej niż przed wakacjami, co go samego zdziwiło, a jeszcze bardziej zaskoczyło go to, że nie odczuł żadnej agresji z jej strony.
Z reguły usłyszałby już o tej porze dziewięć "spadaj, Potter!" i trzy "tak bardzo cię nienawidzę".
Może to dlatego, że nie prosił jej o żadną randkę, ale nawet, gdy zapytał o miejsce przebywania Thomas, to i wtedy na niego nie nawrzeszczała. A był na to przygotowany.
– To co? – Podszedł do niego Syriusz, który zdążył już się pozbierać z podłogi i nawet przestać wyć ze śmiechu. Te dwa słowa wystarczyły, by pobudzić w Jamesie instynkt imprezowicza, obydwoje przecież mieli na myśli to samo.
Kiwnął głową, a Syriusz odwrócił się z szerokim uśmiechem na twarzy, który wywołał jedno ciche westchnienie jakiejś trzecioklasistki.
– Wiesz co robić, Lunio? – Jego uśmiech, jeśli to było możliwe, jeszcze bardziej się poszerzył.
– Poniekąd. – Remus rozbawiony odprowadził wzrokiem ostatnich chłopców, którzy wchodzili po schodach i spojrzał na przyjaciela. W wzroku Syriusza było widać, że dzisiejszej balangi nie odpuści.




– W pokoju wspólnym jest impreza, polecam. – Do dormitorium wpadła Dorcas. Wszystkie na nią spojrzałyśmy. To dlatego tak długo jej nie było. – Naprawdę nic o tym nie wiecie? – Zapytała, widząc nasze miny.
– Zaklęcie wyciszające. – Mary wzruszyła ramionami. – Jakoś nam się nie spieszy do huncwockich imprez, prawda? – Popatrzyła badawczo na mnie i Alice. Obydwie przytaknęłyśmy.  Dorcas wywróciła oczami mrucząc coś o zakichanych świętych pannach, wygrzebała z kufra buty na wyższym obcasie i jak burza wypadła z pokoju.
– Idziecie? – Zapytała Alice bez cienia zaciekawienia, dalej leżąc na łóżku.
– A skąd – mruknęła Mary. – Ale Lily, jako prefekt, pewnie będzie musiała się tam pojawić. – Spojrzała na mnie znacząco. Zmarszczyłam brwi. Czy ona naprawdę myślała, że chcę tam iść?
– Na pewno Remus nad wszystkim czuwa – stwierdziłam i po jej minie zauważyłam, że tego się spodziewała.
– Myślę, że trzeba mu pomóc – przekomarzała się nadal.
– A ja myślę, że nie. – Nie podzielałam jej zadziornego humoru.
– Wiecie co? – Zniecierpliwiona Alice wychyliła się zza barierki swojego piętrowego łóżka. – Może ja tam pójdę pomóc Remusowi?
I, nie czekając na naszą reakcję, zeskoczyła z drabinki, założyła buty i wyszła z pokoju, zostawiając nas kompletnie zaskoczone.


– Hej, Black. – Mruknęła Dorcas bez cienia entuzjazmu, kiedy podeszła do stolika i nalała sobie Ognistej Whisky. Syriusz zmarszczył brwi.
– Widzę, że dobrze się bawisz – stwierdził, patrząc na nią powątpiewająco.
– Nie narzekam. – Westchnęła. Miała już dość gierek na czas, a jednocześnie była świadoma, że jeżeli się podda, będzie taka jak wszystkie. Nie chciała być.
– Jak wakacje? – zapytał, upijając łyk alkoholu, a ona zaczęła się zastanawiać, jak to się stało, że Black jest taki banalny.
– A jakie miały być? – Czuła, że zaraz się rozpłacze. Zaczął z nią rozmawiać jak, z co najwyżej, naprzykrzającą się koleżanką z roku.
– No nie wiem. – Wzruszył ramionami, patrząc w szklankę, i zszokowany spojrzał na odchodzącą zdenerwowaną Dorcas Meadowes.
Do stolika podszedł rozgrzany James, który już nie bawił się w nalewanie napoju do szklanki. Przyłożył butelkę Ognistej do ust.
– Ej, stary, co się porobiło z tymi dziewczynami? – Zapytał go Syriusz, biorąc kolejnego łyka, jakby nie zauważając pijącego do nieprzytomności Jamesa.
James wzruszył ramionami, a kiedy odstawił butelkę odpowiedział całkiem trzeźwym głosem:
– Z nimi zawsze było coś nie tak.
Poklepał go dwa razy po ramieniu i odszedł.
Tymczasem Alice jeszcze nie zeszła ze schodów i już wiedziała, że nie da rady dłużej zostać w tym pomieszczeniu. Nie mogła dostrzec Remusa w tłumie dziko bawiących się nastolatków, ale bardzo mu współczuła roboty. Niepotrzebnie, bo Remus, upity i z nie tak mocną głową jak James, śpiewał z pewnym szóstoklasistą smutną pieśń o tragedii życia i o tym, że za równo rok nie będzie już ich w murach tego zamku.
– Ej, ale ty chyba będziesz – wybełkotał w pewnym momencie Remus, przerywając cały występ. Chłopak wzruszył ramionami, Remus też i obaj kontynuowali.
Alice zrobiło się duszno i postanowiła wyjść z Wieży. Żałowała, że nie ma już w Hogwarcie Franka i nie mogła pozbyć się nieprzyjemnego uczucia, że być może już nigdy go nie zobaczy. Albo będzie go widywać w, co gorsza, towarzystwie innej kobiety. Chociaż to już przeżyła, a najgorsze dla niej było to, że Frank skończył Hogwart razem z Marleną.
Spacerując po zamku nocą stwierdziła, że to całkiem przyjemne.

     Noc minęła wszystkim całkiem szybko, a dla ostatniego rocznika była na pewno jedną z tych pamiętliwych. Rano jednak wróciła szkolna rzeczywistość, a najbardziej, o dziwo, nie mogli tego znieść nauczyciele.
– Pani profesor, co z planami zajęć?
– Pani profesor!
– Pani profesor?
Profesor McGonagall po śniadaniu nie mogła odpędzić się od natrętnych uczniów.
– McKinzy, przyjdź do mnie po pierwszej godzinie, ty, Rogers idź do profesora Slughorna i zadaj mu to samo pytanie co mnie teraz... Black? – Stanęła zszokowana, widząc przed sobą najmniej spodziewanego ucznia. – Chciałeś się mnie o coś zapytać? – Powoli odzyskiwała fason, patrząc podejrzliwie na swojego wychowanka.
– To ja pytałem o te plany zajęć, pani profesor. – Syriusz Black uśmiechnął się niewinnie. Co dziwniejsze, był w świetnej formie i nie było po nim widać, by w wieczór wcześniej wypił chociażby gram alkoholu.
– Rozdam je w swoim czasie, Black – stwierdziła sucho profesor, choć było to dla niej miłą niespodzianką. Czyżby Syriusz Black w końcu wydoroślał?
– Ale pani profesor, gdzie ja w takim razie mam teraz pójść?! – zawołał teatralnie z nutą rozpaczy w głosie, a parę najbliższych osób nadstawiło ucha.
– Im mniej czasu spędzę na tej bezsensownej dyskusji, tym szybciej je dostaniecie. – Kącik ust McGonagall lekko drgnął ku górze. Syriusz tego nie przeoczył, ale postanowił dać spokój. Kilka minut później wszyscy otrzymali swoje plany zajęć i, niektórzy w wielkim pośpiechu, bo zaraz zaczynała się ich pierwsza lekcja, opuścili Wielką Salę.
– Uwielbiam tu być – westchnął Syriusz, który już zdążył dojść do stolika i usiąść. Odchylił się, rozkosznie się przeciągając. James spojrzał na niego oczyma, które wskazywały, że ostatniej nocy wypił za dużo. Black zaśmiał się na ten widok, a jego wzrok, który popędził w stronę ludzi siedzących dalej przy stoliku padł na znajomo wyglądającą blondynkę w towarzystwie Meadowes. W tym momencie dziewczyna się zaśmiała, a on zamarł, bo właśnie sobie przypomniał o nieznajomej, którą spotkał na ostatniej imprezie podczas szóstego roku.
Była nią ta koleżanka Meadowes, której imienia już nie pamiętał, o zabójczym zapachu perfum i dziwnie znajomym śmiechu.
Dorcas podniosła wzrok i zobaczyła kto patrzy w ich stronę. Syriusz natomiast szybko odwrócił swój. Skarcił się za ten głupi i jego zdaniem tchórzliwy odruch chwilę później, bo ona i tak widziała, że na nie patrzył. Niestety nie mógł cofnąć czasu, a bardzo żałował.
Dorcas Meadowes natomiast nie żałowała, bo w jej duszy wzniosła się mała iskierka nadziei, że jednak nadal jest dla niego ciekawa,  może nawet i fascynująca. Uśmiech wstąpił na jej twarz, a dobry humor nie opuszczał do końca dnia.


     – Tęskniłem za tobą – Mike powtórzył po raz czwarty. Wywróciłam oczami.
– Mówiłeś. A ja ci mówiłam, że nie widzieliśmy się tylko cztery dni.
Siedzieliśmy na błoniach. Jak na wrześniowe popołudnie było bardzo ciepło. Jakaś głośno wyjąca dziewczyna została właśnie wrzucona przez wysokiego chłopaka do jeziora. Zaraz się wynurzyła, krzycząc na niego i jednocześnie się śmiejąc. Podbiegł do nich brunet, którego postawa była zaskakująco znajoma. Dopiero po parunastu sekundach drętwego wpatrywania się w niego zrozumiałam, że to Black, który po krótkiej rozmowie z tamtym chłopakiem wskoczył z nim do jeziora.
Zamrugałam, gdy Mike pomachał mi dłonią przed oczami.
– Jesteś tu? – zapytał lekko poirytowany. Przeniosłam szybo na niego wzrok, by nie zorientował się na kogo patrzyłam. Sama przed sobą byłam tym zażenowana. Robiłam się jak typowa nudziara, która interesuje się tylko życiem innych, często nie mając swojego. – Co cię tak zajęło?
To pytanie było bardziej retoryczne, a po nim Mike przeniósł wzrok w tę stronę, gdzie jeszcze przed chwilą był Black i Potter.
– Nic takiego, zamyśliłam się. Kontynuuj – wydukałam, choć moje samopoczucie stawało się coraz gorsze. Miałam ochotę porozmawiać z Mary, Alice lub Dorcas, niż ślęczeć na błoniach z Mikiem.
Mike chyba coś wyczuł, bo przysunął się do mnie i objął mnie ramieniem.
– Oj, Lily. Wiesz, że na mnie zawsze możesz liczyć i że wstawię się za tobą w każdej jakkolwiek trudnej sytuacji? – zapytał, czule na mnie patrząc.
Spojrzałam na jego twarz, która w blasku powoli zachodzącego słońca po raz pierwszy zdawała mi się piękna. Byłam tak zszokowana tą nagłą zmianą mojego nastroju, a jednocześnie miałam tak dławiącą gulę w przełyku, że jedyne co byłam w stanie zrobić, to oprzeć się głową o jego ramię i patrzeć z oddali na dwa wychodzące z jeziora wyrzeźbione ciała. Do jednego z nich podbiegła smukła opalona sylwetka z pięknymi, powiewającymi blond włosami. Jeśli Lora Deaf kiedykolwiek była piękna, teraz wyglądała jak prawdziwe bóstwo.



    Syriusz był zaskoczony jak wszystko się zmieniło. Wszyscy go przed tym ostrzegali, ale on im nie wierzył. Najbardziej zadziwiało go dorosłe zachowanie Jamesa i niesamowita poprawa jego stosunków z Lorą, której na początku nie poznał. Z tym miał problem i w poprzednim roku szkolnym, więc nie był zadowolony, gdy ta przefarbowała włosy na miodowy blond, wyglądając przy tym zupełnie inaczej i nawet chyba łamiąc szkolny regulamin. Tak się po prostu nie robi. Wygląda jak inna osoba – mamrotał niezadowolony do podśmiewającego się Remusa. Tamten miał podejrzenia, że Black jest trochę zazdrosny o przyjaciela, który od razu kompletnie zwariował na punkcie wyglądu swojej dziewczyny. Teraz James mało czasu spędzał w dormitorium Huncwotów.
Wyszedł z jeziora i z przyzwyczajenia zaczął trzepać głową na prawo i lewo. Wzburzyło to chichot jakichś małolat, a on przypomniał sobie, że nie jest psem, jak mu się wydawało. Westchnął, odgarniając włosy z twarzy i poszedł w stronę zamku zupełnie mokry, bo nie chciało mu się przypomnieć zaklęcia suszącego. Używał go dawno temu. Wszedł do zamku, gdzie w sali wejściowej parę Ślizgonek krzywo na niego spojrzało. Na ten widok tylko się uśmiechnął, bo był sobie w stanie wyobrazić, jak bardzo im się podoba. Szczególnie w samych, przesiąkniętych wodą, krótkich szortach. Powoli szedł po wszystkich korytarzach, wzbudzając różne reakcje, które najczęściej były zarumienionymi twarzami lub wzburzony szept u dziewczyn. Właśnie mrugnął do Evy z szóstego roku, którą poznał kilka miesięcy przedtem, kiedy zobaczył znajomą sylwetkę, siedzącą na parapecie. Naturalne blond włosy, które w jego mniemaniu były o wiele ładniejsze od tych Deaf, opadały na ramię dziewczynie czytającej książkę. Nie miał wątpliwości, że to była ta koleżanka Meadowes, której imienia nadal nie znał.
Miał już do niej podejść i zagadać, gdy dotarł do niego tak dobrze znany głos.
– Chyba muszę do szkolnego regulaminu dodać punkt o nieobnażaniu się na korytarzach szkolnych, panie Black.
McGonagall stała tuż przy nim, a on zdziwił się podwójnie. Raz, jak tak szybko się tam znalazła, dwa, jak tak szybko się tam znalazła przez niego niezauważona. Westchnął teatralnie.
– Przepraszam pani profesor, ale jest mi tak gorąco. – Przyłożył zewnętrzną część dłoni do czoła, robiąc minę, jakby miał zaraz zemdleć.
McGonagall patrzyła na niego niewzruszona, komentując jakoś jego mokre spodnie. I tak nie zwracał na to uwagi, bo w jego myślach wciąż tkwiła blondynka, która, miał nadzieję, teraz na niego patrzyła. Sprawy potoczyły się lepiej niż chciał. Zwrócił na siebie jej uwagę, nie zwracając tej na nią. Stare prawo podrywacza mówiło, że to najlepszy chwyt. Uśmiechnął się uroczo do profesorki, która nie zdawała sobie sprawy z tego, jak jest jej wdzięczny. Potaknął, nie wiedząc na co się zgadza i uśmiechnął się jeszcze raz.
– Och, Black, idź już tam, gdzie szedłeś, tylko zejdź mi z oczu. – Ta wywróciła oczami, odbierając słodki uśmiech wychowanka, jako jeden z tych przekupujących. – I, na Merlina, ubierz się wreszcie, bo tylko robisz krzywdę oczom moim i tych dziewczyn! – dodała i odeszła. Nie zwracał na to uwagi, tylko spojrzał za siebie, na koleżankę Meadowes, która, jak wszystkie inne, przypatrywała się tej scenie. Mrugnął do niej jednym okiem, a ona, kompletnie zdezorientowana, szybko wbiła wzrok w książkę. Uśmiechnął się sam do siebie. Uwielbiał być Syriuszem Blackiem.



12 września 2015

Rozdział 37.

     Zamarłam, gdy zobaczyłam te włosy.
– To jego widziałaś? – syknęłam oskarżającym tonem, patrząc na Mary. Ta cmoknęła z bezradną miną.  – Super. 
Spojrzałam jeszcze raz w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą był. Zmarszczyłam brwi. James Potter zniknął.

***

     – Osz ty, to ona. – James wytrzeszczył oczy, widząc Lily Evans niedaleko nich. – Nie może mnie zobaczyć! 
Syriusz popatrzył na niego jak na małe dziecko. 
– Żartujesz? – Bardziej stwierdził niż zapytał. Nie dostał jednak odpowiedzi, bo James zaczął przeciskać się między tańczącymi parami. – Ej, ej! – Zawołał, gnając za przyjacielem. Kiedy był wystarczająco blisko, złapał go za rękaw, by go zatrzymać. – Co ty robisz? – Jego głos był jednym wielkim szokiem pomieszanym z niedowierzaniem.
James pomyślał przez chwilę. Faktycznie, jego reakcja była idiotyczna. Nie zmieniało to jednak faktu, że ostatnie, na co miał ochotę w tej chwili, było spotkanie z nią.
– Powiem ci, że możemy nieźle się dzisiaj bawić, jeśli mi powiesz, czego tak się boisz – stwierdził cicho Syriusz, myśląc nad każdym słowem. W życiu nie był świadkiem żadnego przejawu tchórzostwa u Jamesa. A już szczególnie tchórzostwa przed dziewczyną.
Chwila ciszy, która między nimi zapadała zaczynała przedłużać się coraz bardziej. 
Dobiegła do nich Dorcas w rewelacyjnym nastroju.
– No i, chłopaki? Jak się bawicie? – Zaśmiała się. 
James i Syriusz stali w ciszy, patrząc na siebie. Ten drugi nadal trzymał pierwszego za rękaw. 
Mary i kuśtykająca Lily idąc do bufetu natknęły się na tę trójkę. Przystanęły, nie bardzo wiedząc, co się dzieje.
Chwila ciszy przedłużała się. Zaniepokojona Dorcas ze zmarszczonymi brwiami machała rękoma, by zwrócić na siebie uwagę, Lily zaczynała coś mówić. Tylko Mary stała lekko zdziwiona zachowaniem kolegów, mamrocząc od czasu do czasu do przyjaciółek "dajcie im spokój".
– Siebie – powiedział nagle James, patrząc w oczy Syriuszowi. Sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie zauważał koleżanek z rocznika, próbujących zwrócić na siebie ich uwagę.
Natknął się na nich i Remus. 
Syriusz stał oszołomiony, przetwarzając słowa przyjaciela.
Lily Evans, po rzuconym zestawie pytań i braku jakichkolwiek odpowiedzi, zdezorientowana i lekko zirytowana podeszła do nich, rozdzielając obu.
James, patrząc nadal na Syriusza poczuł jej delikatną dłoń. Ciepło rozlało się po jego ciele, a on miał wrażenie, że zaraz straci nad sobą panowanie. 
Jego wzrok padł na Lily, która spojrzała na niego w tym samym momencie. W jego oczach dostrzegła coś, co bardzo jej się spodobało. Zanim zdążyła się nad tym skupić, on już się odwrócił, idąc w nieznanym kierunku. Nie było tam już nic z imprezowych atrakcji. Tylko pole i las. 
Syriusz pobiegł za przyjacielem bez słowa wyjaśnień. 
Lupin spojrzał na dziewczyny z przepraszającym uśmiechem i zawrócił w tę samą stronę.
Lily stała nadal oszołomiona tym dziwnym uczuciem, które przeminęło. Było zbyt niesamowite, by je tak po prostu zignorować lub o nim zapomnieć.
Dorcas niezadowolona z faktu, że nie dostała odpowiedzi na żadne pytanie, ani nie udało jej się zwrócić niczyjej uwagi tupnęła niezadowolona.
Spojrzała na Lily.
– Czy ktoś mi może wyjaśnić, co tu się do diaska dzieje?


***

      – Trzeba mu dać spokój. Niech sobie wszystko poukłada. – Remus spokojnie tłumaczył Syriuszowi, dlaczego nie mogą zostać w lesie. Zostawili Jamesa samego. Black się zawahał, patrząc jeszcze raz w tamtą stronę. – Daj mu spokój, naprawdę. Poradzi sobie. – Lupin wywrócił oczami.
– Niedługo Hogwart, jeśli on tak reaguje na Evans, to boję się pomyśleć co będzie tam. – Rozgorączkowany popatrzył na przyjaciela. Remus westchnął. Czasami zastanawiał się, z czego wynika ta nietypowa troska Łapy o Rogacza. Bardzo nietypowa i kompletnie niepasująca do jego wizerunku.
– Pod koniec roku dał jakoś radę – mruknął. – Co prawda wszyscy uznali go za niedoszłego samobójcę, ale dał – dodał po chwili.
– Umiesz pocieszać, stary. – Black spojrzał na niego z ironią. – Widzisz, w jakim jestem dobrym humorze? Niczym wróżka trębuszka.
– Zębuszka. – Remus poprawił przyjaciela, jako znawca mugolskich bajek i legend. Kiedyś opowiedział kolegom o wesołej, zakręconej wróżce zębuszce, która wymienia zęby na pieniądze, i o której dowiedział się na mugoloznastwie, jako jednej z wielu zmyślonych historii.
– Co za różnica. – Syriusz machnął ręką.
– Nie chciałbym się wymądrzać, ale ja widzę różnicę... – Zaczął Remus, ale właśnie weszli w hałasujący tłum, który zagłuszał każde ich słowo. Blacka więc ominął wykład.



***



     Weszłam do lasu. Byłam podekscytowana. Jak w grze w szachy, gdy widzisz, że przeciwnik właśnie robi ten ruch, który umożliwia ci zrobienie mata. Przeszłam kawałek i znalazłam się na małej polance. Drzewa były tu wyrąbane, zapewne na meble i opał dla mugoli. Z premedytacją beszczeszczących naturę mugoli.
Siedział tam. Serce zabiło mi trochę szybciej. Zestresowałam się z nieznanych powodów. 
– Hej – mruknęłam, gdy już podeszłam. Usiadłam obok niego. Drgnął, gdy przypadkowo otarłam się o jego rękaw. Po chwili milczenia odwrócił głowę w moją stronę i rzucił na mnie spojrzeniem. 
Wstrzymałam oddech. W tym świetle wyglądał cudownie. To było najlepsze słowo, które go opisywało.
– Hej – uśmiechnął się. Nie huncwocko. Nie szarmancko, czy łobuzersko. Smutno.  – Po co przyszłaś, Evans? 
Słysząc to pytanie przełknęłam nerwowo ślinę. Czułam się jakbym czymś dostała.
Faktycznie, Potter miał swoje życie. Ja byłam tylko jego koleżanką z rocznika, z której przez rok po prostu sobie żartował. Czego się spodziewałam? 
Nie odpowiedziałam od razu. W tej ciszy i spokoju było coś magicznego, czego nie chciałam tak szybko opuszczać. 
– Właściwie, to po nic – stwierdziłam w końcu. Znowu cisza. Zamrugałam kilkakrotnie oczami, które nagle zrobiły się wilgotne. W mojej głowie pojawiła się dziwna myśl, która zbiła mnie z nóg. Przez chwilę pożałowałam, że nie jestem ważną częścią jego życia. Teraz, w tym spokoju, wydawał się być idealny. 
Tylko w głowie jakiś głos ciągle krzyczał "przecież to Potter".
I co?
Wstałam, żałując, że tam w ogóle przyszłam. Nie doszłabym wtedy do tych absurdalnych myśli, które i tak w tamtym momencie uważałam za prawdziwe, choć niechciane. 
Miałam ruszyć w stronę drzew, ale nim zrobiłam pierwszy krok, poczułam delikatny uścisk. Spojrzałam na moją dłoń, trzymaną przez Pottera. W gardle urosła mi wielka gula, tak, że nie mogłabym nic powiedzieć. Ledwo przełknęłam ślinę.
Spojrzałam w jego twarz, w te oczy. Były takie oszałamiające, że przez chwilę zapomniałam o życiu. Potter przygryzł delikatnie wargę, jakby się nad czymś zastanawiał i to dopiero odwróciło moją uwagę od jego oczu. Serce zabiło mi szybciej. 
Będzie chciał mnie pocałować?
Przełknęłam jeszcze raz ślinę, w pośpiechu prawie się nią dławiąc. W brzuchu coś mi wirowało, wspaniałe uczucie. Przybliżył głowę tak, że poczułam jego oddech. W moim mózgu wszystko wybuchło. Nie chciałam w tym momencie myśleć, chciałam tylko go poczuć. On jakby to wszystko przedłużał. Oczami wyobraźni zobaczyłam, jak delikatnie się uśmiecha. Wypuściłam nerwowo powietrze i niewiele myśląc przyciągnęłam go do siebie. 
Czułam jego miękkie usta, które były stworzone do przygryzania. Jego dłonie jeździły pod moją bluzką, w tym czasie, kiedy moje mierzwiły jego i tak już poczochrane włosy. Biło od niego niesamowite ciepło. Co jakiś czas moim ciałem wstrząsały dreszcze. 
Powoli zaczęłam uchylać powieki, a wtedy moje oczy zostały porażone przez promienie słoneczne. Przeciągnęłam się, ziewnęłam, i przetarłam twarz. I wtedy do mnie dotarło. 
– Jasna cholera! 
Od razu podniosłam się do pionu. Serce biło mi nie wolniej jak w tym przeklętym śnie. Z nadmiaru emocji.
– Na mózg mi padło, na mózg mi padło, na mózg mi padło – zaczęłam gorączkowo powtarzać, chodząc w kółko po pokoju. Cała się trzęsłam. 
Przez korytarz właśnie przechodziła Petunia, która dostrzegła mnie przez uchylone drzwi. Mruknęła coś, co brzmiało jak "wariatka".
Nie zwracałam jednak na to najmniejszej uwagi. Byłam przerażona tą nocą.
Złapałam się za włosy, już prawie płacząc.
Nie chciałam przecież tego snu. Ja nawet o nim nie myślę! 
Zawsze śmiałam się, że to te psychofanki Pottera pewnie doświadczają czegoś takiego co noc. 
Dla mnie była to osobista porażka. Jakbym oszukiwała samą siebie, że nic do niego nie mam.
– Ale ja naprawdę nic do niego nie mam! – Warknęłam, kopiąc szafkę.
Wzięłam parę uspakajających wydechów. 
Roztrzęsiona założyłam szlafrok i otworzyłam drzwi. Pochłonięta myślami zeszłam na dół. A tam, czekała już na mnie niespodzianka.
– Niespodzianka! – Zawołał Mike Taylor.  Taka niespodzianka.
Bo mało było mi chłopaków jak na jeden poranek.


***

     Przeceniłam los. 
Otóż okazało się, że chłopaków, jak na jeden poranek, mogło być więcej.
W tym czasie, kiedy ja łypałam na Mika obrażonym spojrzeniem, pod pretekstem, że mógł mnie uprzedzić przed swoim przyjazdem, do domu wtoczył się Kevin. 
A właściwie moja mama go wtoczyła, po tym, jak zadzwonił domofon.
Cudownie. 
Idealnie.
Wolałabym już chyba pójść spać, gdyby nie moja duma. 
Bo, chcąc nie chcąc, sen był bardzo przyjemny. Inna sprawa, że przerażający.
Kevin wszedł do kuchni i mina trochę mu zrzedła, gdy zobaczył Mika i wazon z kwiatami na stole. 
– Nie przeszkadzam? – Zapytał głupio. – Twoja mama nic nie mówiła, że masz gościa, Lil –stwierdził tak naturalnie, że aż mnie zatkało. Pierwszy raz użył tego skrótu i miałam tylko nadzieję, że nie dlatego, by Mike był zazdrosny.
Męskie gierki.
Podziałało. Mike nerwowo się poruszył.
– To twój kuzyn, Liluś? – Zapytał tak, jakby mówił mi tak codziennie. Do tego dosyć lekceważącym tonem, dając do zrozumienia mojemu sąsiadowi, że i dla mnie, i dla niego, jest nikim. 
Dzień zaczynał się świetnie. 
Z salonu do kuchni weszła Petunia i, gdy tylko rzuciła okiem na tę scenę, zaraz się wycofała.
Nawet ona dostrzegła niebezpieczeństwo, przeszło mi przez myśl. Faktycznie, dwóch chłopaków łypiących na siebie gniewnie i dziewczyna między nimi nie wróżą niczego dobrego.
– Właściwie to mój młodszy sąsiad. Może herbaty? – Zapytałam zmieniając temat. Specjalnie też zwróciłam uwagę na wiek Kevina. To trochę uspokoiło Mika, choć dla mnie jego sposób myślenia był dosyć pokrętny i stereotypowy. Jakbym chciała się z kimś spotykać, wiek nie robiłby różnicy, prychnęłam w myślach.
Jakby nie patrzeć Potter też był młodszy. O te dwa miesiące, ale jednak.
–  Nie mówiłaś, że przyjeżdża do ciebie kolega.  – Kevin nie dawał za wygraną. Wypuściłam powietrze. Mike prychnął.
– Kolega? Pfff, jestem jej chłopakiem, chłopczyku. – Stwierdził z pogardą w głosie. Raz. Dwa. Trzy.
– Spokój, bo zaraz zamknę się w swoim pokoju do końca wakacji – warknęłam. Czy oni nie mieli żadnego wyczucia, choćby sytuacji? Zapomnieli, że to słyszę, czy może miało mi to w jakikolwiek sposób imponować?
Zapadła cisza, zaraz po przesłodzonym "dobrze, kochanie" Mika. 
Zacisnęłam zęby.
Chyba pierwszy raz po prostu czas mi się dłużył do powrotu do szkoły. Ciągnęło mnie tam bardziej niż zwykle, aż sama zaczęłam się siebie bać. 
Zapowiadało się więc, że tych parę kolejnych tygodni nie spędzę w świętym spokoju. Z Mikiem Taylorem i Kevinem Mylonem po prostu tak się nie dało.